Hej, miśki!
Dzisiaj mam dla was ważną informację związaną z moim blogiem.
27 lipca, tzn. w moje imieniny urządzam: "Dzień z blogiem":D
Na czym on będzie polegał?
Na dodaniu wyników konkursu, rozdziałów (14 i 15) oraz nominacji LBA. Przez cały dzień będziecie mogli się ze mną kontaktować przez:
- e-maila: natka99.blogerka@gazeta.pl
- ask'a: Natkaaa_99
- GG: 3244668
- oraz na blogu:)
Przez cały dzień będę odpowiadać na wasze pytania i z wami rozmawiać. Nawet na blogu. Pytajcie o co chcecie:) Nie gryzę:P
W jakiej kolejności wszystko się pojawi?
* 8:00 - Start/ Rozdział 14
* 12:00 - Wyniki konkursu
* 15:00 - Nominacja LBA
* Godzina bliżej nieokreślona - Rozdział 15 (jeśli będziecie aktywnie brali w tym udział)
Piszcie w komentarzach, co sądzicie o tym pomyśle:D
Do napisania,
Natka99<3
piątek, 25 lipca 2014
sobota, 12 lipca 2014
13: "Jemu nie da się udowodnić winy!"
Hejo!:* Chciałabym was zachęcić do głosowania w konkursie na blog miesiąca: Lipiec na http://spisfanfiction.blogspot.com:) To dla mnie bardzo ważne, miśki:*
+ Dziękuję za wszystkie komentarze pod 12!:D Niektóre po prostu mnie zagięły! Mój tata się z nich śmiał!:D (38 komentarzy = nowy rozdział:D Tak, dla utrudnienia:P)
Miłego czytania:)
~Zayn~
+ Dziękuję za wszystkie komentarze pod 12!:D Niektóre po prostu mnie zagięły! Mój tata się z nich śmiał!:D (38 komentarzy = nowy rozdział:D Tak, dla utrudnienia:P)
Miłego czytania:)
~Zayn~
Wyszedłem z pokoju blondynki i podszedłem do chłopaka siedzącego na kanapie.
- Może być?! - syknąłem. - Łyknęła tą bajeczkę?! - dodałem. Widok tej niewinnej, zapłakanej dziewczyny, naprawdę nie był czymś, co chciałem widzieć.
- Tak, myślę, że tak! - szatyn wstał i wziął broń z blatu.
- Po co nam to?! - zapytałem. Tak naprawdę nie rozumiałem planu Louis'a. Kazał nam tylko wmówić Rosalie, że Elizabeth nie żyje. Jaki miało mieć to cel? Tym już się z nami nie podzielił.
- Wiesz, że ogarniam z tego, tyle co ty, a nawet mniej! - mruknął, podrzucając pistolet w dłoni.
- Strzel sobie w stopę, zobaczymy, kto wtedy będzie taki mądry i ci pomoże! - zaśmiałem się, na co zmroził mnie wzrokiem. - Dobrze wiesz, że gdybyś tylko chciał, mógłbyś być liderem w innym odłamie tego gangu..., a nawet w tym! - powiedziałem, uważnie go obserwując. - Czemu odmówiłeś?!
- A czemu by nie?! - prychnął. - To moje życie! Po co się wysilać, skoro nie jest to konieczne?! - syknął. - To tylko strata czasu! - usiadł na krześle barowym i nalał sobie do szklanki, sporą ilość whisky.
- To czemu nadal go tu marnujesz?! - wściekłem się. Styles był diabłem w całej swojej okazałości i nigdy nie zdołałby mi wmówić, że jest inaczej.
- Bo jesteście moimi kumplami! - warknął i mocniej zacisnął rękę na naczyniu. Jeszcze chwila i gotowe było pęknąć. - I lubię tą robotę! - upił łyk brązowej cieczy, po czym rozejrzał się dookoła. - Tylko denerwuje mnie to, że wciąż musimy uciekać! Ukrywać się w tych ruderach! Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałbym pojechać do Vegas! Ale nie mogę! Czemu?! Bo porwaliśmy tą idiotkę i ściga nas policja! - krzyknął, a przedmiot pękł w jego ręce, rozsypując się po podłodze. Przeklął pod nosem, kiedy zauważył krew spływającą po nadgarstku.
- Uspokój się! Plan Tomlinson'a jest naprawdę dobry! Nawet, jeśli teraz ukrywamy się po różnych ruderach, to dostaniemy za to masę szajsu! - syknąłem. - Poza tym, ta rezydencja w L.A., kosztowała Nick'a, na pewno więcej niż do tej pory zgarnęliśmy! - dodałem, pod wpływem zdenerwowania, zrzucając z półki szary, zniszczony wazon. - Więc zawsze możesz odejść i pozwolić się zapuszkować! - wziąłem nóż z szafki i rzuciłem w nim o ścianę. Ot! Taka forma rozrywki.
- Wrzuć na luz! - zaśmiał się pogardliwie Harry. - Idziemy stąd? - zapytał mnie i oparł się o ścianę, wyczekując mojej reakcji.
- A co z dziewczyną?! - to było oczywiste, że nie zostawimy jej samej!
- A co z dziewczyną?! - przedrzeźnił mnie. - A od czego mamy Frank'a? - parsknął śmiechem, widząc szatyna, który wszedł do pomieszczenia. - Nara! - krzyknął w stronę chłopaka i wyszedł.
- Ta, cześć! - obrzuciłem go chłodnym spojrzeniem i podążyłem śladami Hazzy. - Co teraz? - zapytałem, wsiadając do samochodu.
- Jak to: "co"?! Jedziemy do reszty i mówimy, jak się sprawy układają... - westchnął. - Czemu mam przeczucie, że coś się dzieje, a nas nie ma tam, gdzie powinniśmy być? - to pytanie mnie zdziwiło. Proszę, niech Styles, ten jeden raz nie ma racji!
~Frank~
Zdezorientowany i zrezygnowany usiadłem w salonie. Dlaczego zawsze mi dostawały się najgorsze zadania?! Frank, stój na czatach! Frank, namierz najsłynniejszy gang we Francji! Frank, pilnuj tej blondynki!
Okej, nie chciałem siedzieć w tym bagnie, ale skoro już tu jestem, to jako syn przywódcy, powinienem mieć specjalne przywileje! A, oni co?! Traktują mnie, jak piąte koło u wozu, które tylko zawadza!
Usłyszałem cichy, ale przepełniony boleścią płacz. Denerwujący płacz. Zniecierpliwiony poderwałem się i wszedłem do pomieszczenia, w którym obecnie przebywała, niejaka Rosalie Carter. Już miałem krzyknąć, żeby się zamknęła, ale widok jaki tam zastałem, skruszył moje zatwardziałe serce.
- Wszystko w porządku? - spytałem niepewnie i zbliżyłem się do niej. Dziewczyna uniosła swoje, pełne łez spojrzenie na mnie i czekała, na jakąkolwiek reakcję z mojej strony.
- Kim jesteś? - szepnęła i oplotła dłońmi, nogi, które wcześniej podkuliła pod brodę.
- Mam na imię F.... - zacząłem, ale w porę zdążyłem ugryźć się w język. - Chyba nie mogę ci zdradzić takich informacji... Mogłabyś to wykorzystać przeciwko nam! - mruknąłem i stanąłem naprzeciwko niej.
- Oczywiście! - prychnęła pod nosem. - Wszyscy jesteście tacy sami! - krzyknęła z goryczą w głosie.
- To nie tak! - westchnąłem, siadając obok. - Każdy z nas jest inny, każdy ma inna historię! Nasze umysły i serca, przepełnione są sprzecznymi uczuciami! Nie sądź po pozorach! - spojrzałem przed siebie.
- A po czym? - zapytała, szukając czegoś, co sam próbowałem wypatrzyć. - Jesteście tacy sami! Zabijacie, krzywdzicie, porywacie, kradniecie! - zaczęła wymieniać.
- Nic nie wiesz! - syknąłem.
- Doprawdy?! - prychnęła z kpiną. - Czyli wcale nie chcecie mnie zabić? - mruknęła.
- Ja nie.... To, co oni zamierzają, to nie moja sprawa! - wydusiłem.
- To żałosne! Ty jesteś żałosny! - warknęła. - I do tego, kłamiesz!
- Nie masz prawa mówić mi, jaki jestem, a jaki mam być! - krzyknąłem i uderzyłem pięścią w ścianę. Miałem słabe nerwy. - Nigdy w życiu, nikogo nie zabiłem i nie skrzywdziłem.! Jestem tu, bo muszę!
- J- jak to? - wyjąkała cicho.
- Mój ojciec kieruje tym wszystkim! Nie miałem wyboru, dotyczącego tego, kim chcę być! - powiedziałem głosem, przepełnionym bólem.
- Czemu się nie postawisz? - spytała.
- Dobre pytanie! - po tych słowach, zapadła między nami cisza. Nie chciałem jej opowiadać wszystkiego. Zawsze mogła to wykorzystać przeciwko mnie. - Ta dziewczyna... - zacząłem niepewnie. - ... ta Elizabeth..., to twoja siostra prawda?
- Co za różnica?! I tak nie żyje! - szepnęła, a ja zacząłem się zastanawiać.
Jak to nie żyje? Przecież dopiero była z tym idiotą na wyścigach! Oni coś kręcą i nie podoba mi się to!
- Opowiedz mi coś o niej. - poprosiłem i spojrzałem na przygnębioną blondynkę.
- Po co? - w jej głosie dało się wyczuć podejrzliwość i nieufność. - Chcecie to wykorzystać przeciwko niej, prawda?
- Podsłuchaj! - mruknąłem. - Muszę tu siedzieć i cię pilnować, a nie mam nic lepszego do roboty! Nie będę się podlizywał tym durniom! Po prostu chcę posłuchać, o niej czegoś. To raczej nie jest zabronione! - zaśmiałem się.
- Chyba nie... - powiedziała niepewnie. - Ale co mam ci o niej powiedzieć?
- Najlepiej wszystko! - wzruszyłem ramionami. - Wydawała się taka inna... Niedostępna.... - zamyśliłem się.
- Bo ona jest inna! - rozpoczęła swoją wypowiedź. - Miała w przeszłości dużo problemów i tego skutki są widoczne teraz!
- To znaczy? - spytałem.
- Była prześladowana przez znajomych z jej szkoły, popadła przez to w anoreksję, okaleczała się. Później rodzice zlitowali się i załatwili jej sesje u psychologa. Ale to naprawdę była ostateczność! Ona nie dawała rady! Bolało ją to całe "życie". Nie potrafiła unieść złości ich wszystkich. - wstrzymała oddech, chcąc zatrzymać łzy, które ponownie wezbrały w jej oczach. - I, kiedy wydawało się, że dzięki niemu wyszła na prostą... - znów ucięła, namyślając się nad doborem właściwym słów. - ... on..., zostawił ją! - Rose wybuchła płaczem. - I zniszczył wszystko, co udało mu się odbudować! Załamała się! Nie pozwalała nikomu do siebie dotrzeć! Wróciła do żyletki, zapominając o bożym świecie! - łkała. - A potem ją porwaliście. Zapewne biliście. Aż w końcu odeszła i jest szczęśliwa.... - uderzyła swoją małą piąstką w swoją nogę i jęknęła z bólu. - Dlaczego ona?
- Czasem tak musi być... - wyszeptałem ze smutkiem. - Los płata nam figle, ale wszystko ma jakiś ukryty sens! Wszystko! - po wypowiedzeniu tych słów, po prostu przytuliłem jej zmarznięte ciało do siebie. - Nie płacz! - kciukiem otarłem jej mokre policzki.
- Ona miała tą głupią szansę na normalne życie, rozumiesz?! A jeden, nic nie warty "przyjaciel" to zniszczył. - wykreśliła w powietrzu cudzysłów.
- Jak się nazywał ten chłopak? - spytałem niepewnie. Byłem wściekły. Jak można być takim bezuczuciowym draniem. No, jak?!
- Niall, Niall Horan... - pociągnęła nosem.
Zabiję cię, Niall'u Horan'ie!
~Carrie~
- Ani śladu, po obydwu dziewczynach! - usłyszałam głos policjanta, dobiegający z kuchni. - Nie wiemy, co stało się z Liam'em! Przypuszczamy, że został napadnięty, ale to nic pewnego! - prychnęłam pod nosem i spojrzałam na śpiącą Sophie. W sumie..., nie dziwię się, że zasnęła. Jest już dobrze, po pierwszej w nocy.... Podziwiam tych mężczyzn, którzy potrafią szukać po nocach kogoś im obcego. To się nazywa poświęcenie!
- Chodź, Carrie! - westchnęła pani Carter. Leniwie uniosłam swoje ciężkie powieki i wstałam. - Pomożesz nam w przeszukaniu ich pokoi. Może tam są jakieś ślady mówiące o tym, że ktoś planował całe to wydarzenie.... - w jej głosie, słyszalna była nadzieja, ale kiedy pokręciła głową, wiadome było, że i ona traci ją.
- Czy jeszcze kiedyś je zobaczymy... - zaczęłam. - ... żywe? - popatrzyłam na zmęczonego i zrezygnowanego policjanta i dopiero teraz coś do mnie dotarło.
Szukanie ich dwóch, to jak próba znalezienia igieł w stogu siana. Niemożliwe! Mogą być teraz wszędzie! Żywe, lub co najgorsze - martwe! Nie mamy pewności, co się z nimi dzieje. W jakim są stanie! Obie mogą być przecież, gdzie indziej.
- Ustaliliśmy już, że porwał je ten sam gang, który grasował w Mullingar. Sprawy morderstw ucichły, dlatego wiemy, że się wynieśli! - moje przemyślenia przerwał funkcjonariusz. - Nie mamy stuprocentowej pewności, co do tego, kto do niego należy i, który z jego odłamów ją porwał, jednakże udało nam się ustalić, że "szefem" jest niejaki Nick Gordon. Człowiek, który nie zna słowa: Nie! Wielokrotnie siedział w więzieniu, ale zawsze udawało mu się uciec! Skazywany przede wszystkim za brutalne morderstwa... - przerwał i oczekiwał naszej reakcji. Kiedy zrozumiał, że raczej niewiele rozumiemy, wyciągnął zdjęcie i podał je mi. - Podejrzany jest również Louis Tomlinson! To nieoficjalne, ale przypuszczamy, że także należy do tej "szajki", do najgroźniejszej i najbardziej porywczej z grup. Siedział w więźniu kilka lat, ale jedynie za handel narkotykami. Pyskaty i denerwujący gówniarz! Policjanci go nie znoszą! Jest uciążliwy i sprytny. Nigdy nie udaje mu się udowodnić żadnej winy! - westchnął. - Ten mężczyzna jest, jak duch! Raz pojawia się, innym razem znika!
- Skąd przypuszczenie, że to właśnie on? - spytałam i wzięłam do niego fotografię Tomlinson'a.
- Jak już mówiłem: jemu nie da się udowodnić winy! Ale na drodze, na której porwano Elizabeth, leżały słuchawki należące do niej. Tak powiedziała jej siostra. Zbadaliśmy odciski palców, były one łudząco podobne do jego, jednak zostały zamazane i nie możemy dokładnie tego określić! Lepsze to, niż nic... - powiedział twardo i ruszył na górę. Jeszcze raz przyglądnęłam się obrazkowi. Ten cały gangster..., wydawał się być przystojny i zupełnie nieszkodliwy!
- Carrie, idziesz? - pogoniła mnie pani Carter.
- T- tak, tak... - potrząsnęłam głową. Ten chłopak mi kogoś przypominał, tylko jeszcze nie pamiętam, kogo....
*RETROSPEKCJA*
"Cztery dziewczyny siedziały na ławce przed szkołą i rozmawiały. Dzień, jak co dzień. Po chwili wszystkie wybuchły głośnym śmiechem, oprócz jednej. Zdawało się, że nie rozumiała zachowania przyjaciółek.
Kiedy zdążyły się uspokoić, dostrzegły zadumę, na jej twarzy.
- Hej! - Sophie uśmiechnęła się i szturchnęła ją ramieniem. - Będzie dobrze! On nie był ciebie wart! - przytuliła dziewczynę, ale niewiele to pomogło.
- Co wy na to, żebyśmy poszły na gorącą czekoladę? - rozmarzyła się blondynka.
-Tak, a potem nawet w dresy się nie wciśniesz! - roześmiała się Carrie, ale jej myśli zajmowało coś zupełnie innego. Niepokoiło ją zachowanie Lizzie. Wtedy, kiedy był przy nich Niall, była też radość. Radość, która skończyła się wraz z jego odejściem. - No coś ty taka smętna? - spytała szatynkę, która jedynie wzruszyła ramionami.
- Nie macie czasem wrażenia, że ktoś was obserwuje? - szepnęła nieśmiało.
- Niee... - westchnęła Carrie, ale wszystkie, jak na zawołanie obróciły się i wypatrywały człowieka, o którym mówiła El.
- Nikogo tu ni... - krzyknęła Soph, ale przyjaciółka natychmiast zakryła jej usta - dłonią.
- Patrzcie tam... - szepnęła przestraszona brunetka. Nie wierzyła, że jej przyjaciółka mogła mówić prawdę! Czasem naprawdę zdarzało jej się bredzić! Ale to była szczera prawda. I to najbardziej przerażało.
Stał tam. Nie wiadomo, jak długo. Nie wiadomo, ile usłyszał. Nie wiadomo, kim był.
Ubrany w czarne, przetarte spodnie i tego samego koloru, przylegającą do ciała koszulkę, która idealnie uwydatniała jego dobrze zbudowaną posturę. Na stopach miał zwykłe, przetarte trampki, a w dłoni zapalonego papierosa.
- Boję się go... - pisnęła Sophie.
- Jest przystojny... - stwierdziła Car. Jak niemądra była, kiedy wypowiadała te słowa! Gdyby tylko wiedziała, kim on jest!
- Jest głupi! - skwitowała głośno Liz. Może zbyt głośno. Odepchnął się od murku i skierował w ich stronę. Wszystkie trzy dziewczyny, przełknęły głośno ślinę. Czwarta nie. Jej to było całkowicie obojętne. Bo jaki sens miał fakt, czy zginie przez własną lekkomyślność, czy z ręki obcego?
- Słońce... - stanął centralnie za nią i oparł się o poręcz ławki. Czuła mocny zapach jego perfum, pomieszany z dymem papierosowym. Dziewczyny z piskiem zaczęły uciekać, i dopiero kiedy znalazły się w bezpiecznej odległości od niego, były w stanie obserwować całą sytuację. - ... naprawdę nie kuś losu. - wymruczał do jej ucha. Elizabeth niewzruszona siedziała, trzymając w dłoniach swój plecak.
- Chcesz pieniędzy? - szepnęła. Nie odważyła się odezwać głośniej. - Nie mam ich...
- Nie rozśmieszaj mnie! - zaśmiał się tajemniczo. - Gdybym chciał od ciebie pieniędzy, już dawno bym je sobie wziął! Nie miałabyś nic do gadania! - chciała się obrócić, ale zdecydowanym ruchem przytrzymał jej ramię.
- To czego chcesz?! - warknęła, ale tym razem, ze znacznie mniejszą pewnością siebie, niż poprzednio.
- Chcę ciebie, Elizabeth... - czuła, że się uśmiechnął.
- S- skąd znasz moje imię? - wyjąkała. Strach zawładnął jej organizmem i powoli, dało się to zauważyć. Jemu to się tylko podobało. Bała się go. Tak, jak to sobie zaplanował!
- Ja wiem wszystko, o wszystkich! - szepnął i ustami musnął płatek jej ucha. Chciała odskoczyć, ale to sprawiło, że tylko zacieśnił uścisk.
- O mnie, nie! - broniła się. On tylko pokręcił głową, na jej głupotę.
- Pamiętaj, Lizzie! - prychnął pod nosem. - Ja zawsze dostaję to, co chcę! - wstał. - I pilnuj się. Chyba nie chcesz, żeby stała ci się krzywda, prawda?! - syknął i gwałtownie ją puścił. Potem tak zwyczajnie sobie poszedł!"
*KONIEC RETROSPEKCJI*
Już wiem, skąd go znam!
Nie dobrze, bardzo niedobrze! Bo przypuszczenia policjanta mogą stać się prawdą! Ba! Nie stać, tylko być! Jeśli to on uprowadził Liz... Nawet nie chcę myśleć, co mógł jej zrobić! Jedno jest pewne: muszę dowiedzieć się o tym człowieku, jak najwięcej. Od tego zależy moje życie!
- Przepraszam! - krzyknęłam w stronę policjanta. - Czy mogę dostać więcej informacji o tym Tomlinson'ie? - zapytałam.
- Jeśli ci to w jakikolwiek sposób pomoże... - mruknął mężczyzna i podszedł do swojej torby, z której wyjął dość grubą teczkę. - Proszę! - powiedział, kiedy mi ją podał.
- Dziękuję.... - uśmiechnęłam się, po czym udałam do salonu. Usadowiłam się wygodnie, rozpoczynając lekturę.
Pierwszy był wycinkiem z jakiejś gazety z 2012 roku:
"Dnia 26.06.2012r., brytyjski diler narkotykowy,
Louis Tomlinson, został złapany przez nowojorską policję.
Obecnie przebywa w więzieniu na obrzeżach Chicago(...)"
Ze względu na to, że ta notka nie zawierała informacji, które potrzebowała, odłożyłam ją na bok. Wertowałam kartki, mówiące niemalże o tym samym.
- Nie znajdziesz tu wiele informacji o nim. Ten człowiek, to chodząca zagadka! - powiedział policjant, siadając naprzeciwko mnie. - Tak w ogóle, to po co ci to? - zaciekawił się.
- Bo wydaje mi się, że wiem coś, co może wam pomóc. Ale muszę być pewna! - szepnęłam i wróciłam do lektury.
Nie było tam nic ciekawego. Miałam już to zostawić i zrezygnować, aż nagle zobaczyłam tajne akta policyjne.
- Mogę to przeczytać? - spytałam niewinnie.
- Jasne! Jeśli ci to pomoże! - mruknął i obrócił się tak, aby widzieć włączony telewizor.
Popatrzyłam na plik spiętych kartek. To był mój klucz do sukcesu.
"Wszystkie informacje tu zawarte są ściśle tajne, i nie przeznaczone do jakiegokolwiek użytku.
Stanowią własność Komendy Głównej Policji w Chicago.
Nie wszystko musi być całkowicie zgodne z prawdą. Część składa się z domyśleń i poszlak(...)''
Ten napis, nieco zgasił mój zapał. Ale z drugiej strony, co mi szkodzi spróbować?
Czułam się, jak włamywacz. Miałam w rękach coś, czego nie miał nikt na świecie. To, jak obdzierać kogoś ze skóry, poznawać jego najbardziej intymne tajemnice. To wiedza, że przewyższasz kogoś, w tym co wiesz. Że jeszcze możesz wygrać!
"Imię i Nazwisko: Louis William Tomlinson, ur. 24.12.1991r. w Doncaster w Anglii.
Rodzina: Syn Gregora i Caroline Tomlinson'ów* (matka - prawnik, ojciec - urzędnik*).
Posiadał jedną siostrę*, która zginęła tragicznie zamordowana.
Historia: Miał problemy w szkole. W wieku ośmiu lat, przestał do niej uczęszczać.
Został wyrzucony z domu. Błąkał się po Anglii. Kiedy miał 13 lat, przygarnął go Nick Gordon - szef brytyjskiej mafii. Od tej pory obracał się w takim środowisku. Kiedy miał wystarczająco dużo kwalifikacji, zaczął zajmować się przemytem i handlem narkotykami. Był jednym z najlepszych i najbardziej rozchwytywanych dilerów w Europie.
Charakter: Porywczy i nieobliczalny. Miewa nieoczekiwane napady wściekłości. Mówi przez sen. Często budzi się, zlany potem i krzyczy imię swojej siostry. Potrafi dobrze udawać. Bipolarny. Inteligentny. Zawsze dobrze zorganizowany. Potrafi manipulować i szantażować ludzi. Małomówny. Cięty wobec innych. Chamski i prowokujący. Podejrzewana choroba psychiczna. Samotny.
Przewinienia: Został skazany na dwa lata pozbawienia wolności za sprzedaż narkotyków osobom nieletnim. Innych przewinień, nie udało mu się udowodnić."
(...)
Przypuszczane przewinienia: Morderstwa ze szczególnym okrucieństwem. Nachodzenie ludzi. Rozdawanie trucizn. Nielegalny handel bronią palną."
Nie sądziłam, że mogą mieć tyle informacji! Szczególnie o rodzinie tego człowieka! Przewertowałam kartki. Był tam dokładnie opisany proces przesłuchania go. Jednakże szczególnie zaniepokoił mnie dopisek końcowy:
"Większość informacji została uzyskana podczas przesłuchania. W momencie, kiedy gangster nie chciał mówić, był torturowany do momentu, w którym nie odpowiedział na zadane pytanie. Jedyną odpowiedzią, której nie udało się uzyskać, to przyczyna śmierci siostry oraz poszczególne wyżej wymienione przewinienia."
Torturowali go?! Jak można było go bić?
Podniosłam swój wzrok i dostrzegłam śpiącego policjanta. W tamtym momencie poprzysięgłam sobie jedno!
Rozgryzę cię, Louis'ie Tomlinson'ie! I dowiem się, po co była ci Elizabeth!
~Harry~
Wraz z mulatem wszedłem do domu. Wokół zalegała niepokojąca otoczka ciszy i bezradności. Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy był półprzytomny blondyn leżący na kanapie i Liam, który chodził w kółko, gryząc czubek kciuka.
- Co tam? - mruknąłem i rzuciłem się na fotel. Zaległa między nami chwila ciszy, którą przerwał poddenerwowany szatyn:
- Czy dobrze zrobiłem, mówiąc Louis'owi, żeby zamiast znęcać się nad Niall'em, pokaleczył Elizabeth? - wypalił w pewnym momencie.
- Że co?! - krzyknąłem, powodując, że blondyn lekko podskoczył i wrócił do rzeczywistości.
- C- co się stało? - powiedział niewyraźnie i zaczął rozglądać się dookoła.
- Straciłeś przytomność... - warknął Liam. Dręczyło go poczucie winy, to było jasne. Zawsze tak się zachowywał, kiedy uważał, że jest winny jakiemuś ciągowi zdarzeń.
-Miałem dziwny sen... - szepnął Nialler. - Byłeś w nim ty i Louis. Pobiłem się z nim, o to, aby nie traktował tak Elizabeth, a potem ty powiedziałeś mu, aby bił więźnia, a nie mnie! Mam bujną wyobraźnię, co nie? - powiedział słabym głosem. Zaśmiałem się w momencie, kiedy zobaczyłem, jak Liam zbladł.
- Co ty na to, Daddy? - prychnąłem pod nosem, na co on głośno przełknął ślinę.
- J- ja? - wyjąkał. Mogę śmiało stwierdzić, że przy najbliższej okazji będzie chciał mnie zamordować własnymi rękami.
- Zaraz, zaraz... - blondyn, zmarszczył czoło. - To nie był sen, prawda? - spojrzał wyczekująco na szatyna.
- To on dalej ją bije?! - nagle coś do mnie dotarło. - Ale z was idioci! - syknąłem i poderwałem się.
Szybko pokonałem odległość dzielącą mnie, od pomieszczenia, w którym znajdowała się dziewczyna.
Odciągnąłem szatyna od wystraszonej i niewinnej szatynki, i mocno popchnąłem do tyłu. Nie byłem pewny, czy dobrze robię, ale nie mogłem pozwolić mu jej zabić!
- Nialler, daruj sobie, te chwile bohaterstwa! - mruknął Louis i podniósł się. - To żałosne! - obrócił się w moją stronę, ale nie zastał tam tego, kogo się spodziewał. Czemu? Bo zamiast Niall'a stałem tam: JA!
Zacisnąłem dłonie w pięści i podszedłem do niego. Gwałtownie szarpnąłem nim i uderzyłem o ścianę. Był zbyt pewny siebie i to go zgubiło. Teraz zdezorientowany i zdziwiony nie wiedział, co się dzieje.
- Posłuchaj mnie uważnie, bo powiem raz i więcej się nie powtórzę! - krzyknąłem, na co on prychnął. - Słyszysz?! - szarpnąłem nim.
- Bardzo śmieszne! - wydusił, ale zaraz jęknął, kiedy uderzyłem go w brzuch.
- Nieprzyjemne, co?! - warknąłem. - Teraz pomyśl sobie, co ona musiała czuć, kiedy po raz kolejny ją okaleczyłeś! - byłem wściekły. - Nie wiem, jakie masz zasady, ale ja mam kilka! Między innymi: ZAKAZ bicia jakiejkolwiek dziewczyny! Bez względu na to, jak jej nienawidzę! Zrozumiano?! - teraz nie liczyło się nic innego, oprócz dokopania mu! Nie drgnął. - Pytam, czy zrozumiałeś! - kolejny raz, przeżył bliskie spotkanie z podłogą. Widziałem, że zrobiło mu się niedobrze.
- Dość! - syknął.
- Nie zostawię cię w spokoju, dopóki nie upewnię się, czy zrozumiałeś! - podszedłem do niego i udałem, że biorę zamach. Wiedziałem, że spasował.
- Rozumiem! - wydyszał.
- No! - klasnąłem w dłonie. - Tak trudno było? - kopnąłem go w stronę wyjścia. - Jeszcze raz zobaczę, że bijesz ją, lub kogoś innego płci przeciwnej! Wtedy już nie będę taki miły! - wrzasnąłem. - A teraz zjeżdżaj! - kuśtykając wyszedł z pokoju. Jak ja lubiłem sprawiać, że ludzie się mnie bali! Czułem się wtedy taki ważny.... I tak zdaję sobie sprawę, że oberwie mi się, jak do Louis'a dojdzie, że skopałem mu tyłek. Podlegam mu, jako szefowi od zarania dziejów i nie przeszkadza mi to. Wydaje mi się, że jestem zbyt agresywny, jak na szefa, ale to tylko moja opinia....
Kucnąłem, przy roztrzęsionej dziewczynie i przyłożyłem jej rękę do czoła.
- Wszystko w porządku? - starałem się brzmieć łagodnie, ale nie gwarantuję, że tak właśnie było, bo emocje czasami biorą nade mną górę. Niepewnie kiwnęła głową i odwróciła ode mnie wzrok. - Nie bój się mnie! Nigdy bym cię nie uderzył! Masz moje słowo! - położyłem rękę na sercu, a druga uniosłem w powietrzu. Po wykonaniu tej czynności, na moją twarz wstąpił lekki uśmiech.
- Słowo porywacza i mordercy? - wydusiła, i również starała się uśmiechnąć, ale coś jej nie wyszło.
- Niee... - przeciągnąłem wyraz i parsknąłem głośnym śmiechem. - Słowo Harry'ego Styles'a! Uroczego chłopca z Holmes Chapel! - dodałem. - Co jest? - spytałem, widząc, jak kurczowo trzyma się za brzuch.
- N- nic! - wyjąkała i chciała się odsunąć, ale w porę ją złapałem. Odsunąłem jej dłoń i zobaczyłem poraniony bok, którego się złapała i za nic nie chciała puścić. - Kto ci to zrobił? - zdenerwowałem się i wyjąłem chusteczki z kieszeni.
- Nikt! - szepnęła, a do jej oczu napłynęły łzy.
- I tak ci nie wierzę! - roześmiałem się. - Wiem, że Louis! - dodałem, również szeptem, jakby to miała być nasza tajemnica. - Już wystarczająco skopałem mu tyłek, co? - spytałem i oczyściłem jej ranę, wodą, która została jej przyniesiona, zapewne dzisiaj rano. Nie odpowiedziała, ale rozumiałem, dlaczego tak się zachowywała. Daliśmy jej do tego mnóstwo powodów, a dzisiejszy dzień jest tego dobrym przykładem. - Gotowe! - powiedziałem i wstałem. - Jakbyś czegoś potrzebowała - krzycz! Masz tu wentylację, która kończy się u mnie, tak że będę słyszeć! - odwróciłem się, ale coś mnie zatrzymało. Coś, a mianowicie jej cichy szept, który zdawał się brzmieć, jak dzwoniące dzwoneczki w wiosennym ogrodzie:
- Dziękuję! - potem wyszedłem. Niby takie zwykłe słowo, ale potrafi wiele zmienić. Nie pamiętam, kiedy ostatnio je słyszałem. Ale cóż, w tym zawodzie nie ma co liczyć na wdzięczność.
"Będę cię chronił, motylku!" - pomyślałem i z uśmiechem na ustach, patrząc prosto na okno w moim pokoju, zasnąłem.
"Dwa czarne charaktery, a jak odmiennej barwy."
Stanisław Jerzy Lec
Hej po raz drugi:P Macie tą trzynastkę:D Szczerze? Wiem, że czekaliście na Hazzę, dlatego okrutna ja..., dałam go na koniec:P Patrzcie no, jaka jestem niedobra dla moich czytelników:D A tak serio, to nie podoba mi się ten rozdział:( Pisałam go dzisiaj cały dzień i jeszcze kilka dni temu, więc jak nie dostanę szlabanu, to będzie cud:D
Ja chcę już na wakacje wyjechać!!!:) Buu;( Czemu ten czas wskazuje dopiero 12.07??:( A ja wyjeżdżam 31.07:( Załamka normalnie, szczególnie, że u mnie teraz pogoda ma wahania hormonalne!:D Jeszcze po drodze będę imieniny miała 27.07:D Moja siostra coś knuje i nie podoba mi się to:)
Czy wy też tak się cieszycie mundialem? Tak, Zayn Styles, moja bratnia duszo, z którą pisałam na ask'u:D o tobie mówię!:P
Nie no, bądźmy poważni... Ale powaga jest niezdrowa:)
Wiem, coś mi dzisiaj odbija, ale JUŻ JUTRO FINAŁ!!!:D Messi, mój mąż ma mi puchar do domu przywieźć:D
Na półfinałach, tak się bałam o to, czy Argentyna przejdzie, że nie mogłam sobie miejsca znaleźć przed telewizorem! W końcu na karnych usiadłam na dywanie i nogi podkuliłam pod brodę! Siedziałam tuż przed telewizorem:D
Ale mówię wam, to były takie emocje, że się popłakałam, a Rosie Carter (czyt. moja siostrzyczka) się ze mnie śmiała:(
Ale koniec, końców dali z siebie wszystko i są w tym finale:D
Tata nam przed pierwszą w nocy sms-a, wysłał, że super, że Argentyna w finale! Nie sądziłam, że mogę którąś drużynę kochać tak, jak Hiszpanię! Myślałam, że w nocy nie zasnę!:)
A teraz z innej beczki, to szkoda mi Neymar'a:( Bidaka sfaulowali:/ Moja siostra rozpacza:) A ja i tak wolę Messi'ego:D Wrzucę wam jakiegoś gifa mojego męża:D Łapcie:P
A teraz wyniki konkursu na najlepszy komentarz pod rozdziałem:) Szczerze, to strasznie podobają mi się komentarze niektórych anominków, ale nie wiem czyje są, więc nie mogą wygrać:( Anonimiki: PODPISUJCIE SIĘ! :)
A tutaj wygrywa, tutututu:
Klaudia (anonimek) z komentarzem:
"Louis jest w ciąży to jest fakt nie podważalny, jego huśtawka nastroi nie świadczy o niczym innym mam tylko nadzieję że ojcem okaże się El /Klaudia"
Padłam na ten tekst:D Ale wiedzcie, że wszystkie komentarze mi się bardzo podobały:D Jednak trzeba było docenić taki geniusz:)
Zapraszam do zakładki: "Kontakt":)
Dobra, już nie będę przynudzać:) I tak nikt tego nie czyta:(
Łapcie jeszcze jedna gifa z Lays'ów:* Awwww<3
Do zobaczenia,
Natka99<3
czwartek, 3 lipca 2014
12: "Elizabeth nie żyje..."
EDIT: Zostałam nominowana na Blog Miesiąca: Lipiec!:) Byłabym wdzięczna, za każdy głos:P To dla mnie bardzo ważne:) Adres stronki: http://spisfanfiction.blogspot.com
Hej, miśki!:) Dziękuję za te 30 komentarzy pod poprzednim postem:* Jesteście wspaniali!:) (35 komentarzy = next, tak na rekord:P)
+
Założyłam ask'a, na potrzeby opowiadania, więc jeśli chcecie, to wchodźcie: KLIK (Możecie tutaj zadawać pytania o nowy rozdział, do bohaterów, jak i do mnie)
+
WAŻNA NOTKA POD ROZDZIAŁEM!!!
~Elizabeth~
Hej, miśki!:) Dziękuję za te 30 komentarzy pod poprzednim postem:* Jesteście wspaniali!:) (35 komentarzy = next, tak na rekord:P)
+
Założyłam ask'a, na potrzeby opowiadania, więc jeśli chcecie, to wchodźcie: KLIK (Możecie tutaj zadawać pytania o nowy rozdział, do bohaterów, jak i do mnie)
+
WAŻNA NOTKA POD ROZDZIAŁEM!!!
~Elizabeth~
Delikatnie uniosłam się na łokciach i nasłuchiwałam, czy ktoś porusza się po całej posiadłości. Cisza. Kompletna cisza. Chociaż ostatnio, przestała mi jakoś szczególnie doskwierać. Po spokój oznaczał brak Louis'a, a to z kolei - żadnych siniaków, ran i uszczerbków na psychice. Czasami zastanawia mnie, dlaczego jest właśnie taki. Co sprawiło, że zachowuje się tak okrutnie, tak bezlitośnie. Jakby nie znał wartości ludzkiego życia. Przecież mamy je tylko jedno! I tylko naturalne czynniki mają prawo je przerwać. Nikt inny, w żadnym wypadku. Bo, jeśli nikt nie szanowałby go, to czy byłby sens dla jakiegokolwiek istnienia. Zupełnie, jakby jedna osoba miała władzę nad kilkoma innymi, z powodu groźby utraty życia? Jaki jest tego sens? Każdy może je stracić! Nikt nie jest nieśmiertelny! Tylko tak wiele osób o tym zapomina. Wymazuje ze swojej świadomości fakt, że kiedyś odejdzie z tego świata! A przecież, to niczego nie zmieni. Wręcz przeciwnie, tylko pogrąży! A śmierć w wielu przypadkach jest ulgą od cierpienia. Dlatego pozostaje mi liczyć mijające sekundy i minuty, które mnie do niej przybliżą.
Jestem ciekawa, jak będzie wyglądał świat, kiedy mnie już na nim nie będzie. Czy pozostanie taki sam, niezmieniony? Czy ktokolwiek położy choć jeden kwiat na moim grobie? Czy znajdzie się osoba, która zapłacze z tęsknoty za mną? Która posiada jakieś miłe wspomnienia ze mną? Która będzie żałować? I czy oni, będą mieli jakiekolwiek wyrzuty sumienia, za odebranie mi życia?
Chcę wrócić do domu, do wszystkiego, czego nie dokończyłam. Chcę, aby Niall przy mnie był. Zniknął tak nagle. Więcej się nie odezwał. Nie dzwonił, nie pisał, nie dawał jakiegokolwiek śladu życia. Zrozumiałam wtedy, że nic nie trwa wiecznie, a szczęścia nie ma. Że życie jest niesprawiedliwe i niesłusznie karze niewinnych. Był dla mnie jedyną odskocznią od bólu. Potrafił znaleźć ze mną wspólny język, kiedy inni nie mieli do mnie jakiegokolwiek dostępu. Czy gdybym darzyła go większą sympatią, zostałby? Nie opuściłby mnie? Bo wtedy..., jeśli pokazałabym mu, jak bardzo mi na nim zależy, może..., może wymyśliłby jakiś sposób? Ale bez tego, nic nie trzymało go w tamtym mieście. Wyjechał do Los Angeles. I słuch o nim zaginął. Nie wiem, nawet czy żyje! Znalazł sobie nowych przyjaciół? Zaczął nowe życie? Zapomniał o..., mnie?
Tak bardzo chcę go teraz zobaczyć. Móc poczuć, że mam kogoś przy sobie. Że jednak życie ma sens! On powstrzymywał mnie, przed robieniem tych wszystkich głupot. Zamiast żyletki, kupował mi miśki, zamiast nadmiernego głodzenia się - fundował wieczór z dobrym filmem i pizzą. Był odskocznią od wszelkich problemów! Przyjaźń na zawsze?! Taaa, jasne.... Wyjechał - automatycznie zapomniał! Żałuję tych wszystkich momentów, które wspólnie spędzaliśmy, tych chwil, kiedy wzajemnie sobie pomagaliśmy! Nie chcę go pamiętać! Nienawidzę go!
"Jest dla ciebie wszystkim!" - raczej był!
"Nie oszukuj się, Lizzie! Po jego wyjeździe, ponownie zamknęłaś się w sobie! Nie z braku akceptacji! Z powodu straty - JEGO! Nic dla ciebie nie znaczy?! Był kimś, przez kogo wróciłaś do żyletki!" - nie.... To tylko kilkadziesiąt nowych blizn do kolekcji! Tak, żeby było parzyście.
"Nic dla ciebie nie znaczy?!" - absolutnie!
"Nic, a nic?!" - dokładnie!
"Jest dla ciebie wszystkim! Znaczy dla ciebie wszystko!" - tak. Nie można zapomnieć, o kimś takim, jak on! To po prostu - niemożliwe!
*RETROSPEKCJA*
"Blondyn uśmiechnął się w stronę zamyślonej szatynki.
- O czym myślisz? - zapytał zaciekawiony.
- O życiu. - odpowiedziała krótko i wzruszyła ramionami. Nigdy nie była zbyt rozmowna. To raczej on mówił, a ona słuchała.
- To nie zastanawiaj się tyle, bo od myślenia zaczyna boleć głowa. - zaśmiał się i spojrzał na El, na której twarzy, pojawił się, ledwie widoczny uśmiech. - Zgaduj, gdzie cię dzisiaj zabiorę! - zaczął skakać, jak małe dziecko, które nie może czegoś dosięgnąć.
- Nie wiem... - szepnęła, ale ledwo powstrzymywała się od wybuchnięcia śmiechem.
- To magiczne miejsce, więc ci nie powiem! - wystawił jej język i zadarł nos ku górze, w geście dumy. - Ale musisz przyrzec, że nikomu o nim nie powiesz! - wyciągnął w jej stronę, mały palec prawej ręki.
- Dobrze, przyrzekam! - zaśmiała się dźwięcznie. Pierwszy raz w tym tygodniu! Nowy rekord! Niall objął ją ramieniem i wskazał drogę, którą musieli się udać. Lekko zadrżała pod wpływem jego dotyku. Czuła się nieswojo, lecz nie zaprotestowała. Lubiła go i często musiała znosić jego niektóre dziwactwa.
(...)
- Nie otwieraj oczu! - chłopak cały czas powtarzał, mimo że uprzednio zawiązał dziewczynie oczy chustką, a dla pewności przytrzymał ją swoimi rękami.
- Nie lubię niespodzianek.... - mruknęła Liz.
- Nie ględź! - westchnął Niall. - Ta ci się spodoba! - znowu się podekscytował. - Możesz już spojrzeć... - powiedział i się odsunął, pozwalając jej zdjąć opaskę. Najpierw nie rozumiała, co chciał jej pokazać, a następnie dostrzegła rozległą panoramę Irlandii.
- Jej... - tyle zdążyła wydusić. Chwilę potem dostrzegła koc z koszem piknikowym, na którym już siedział chłopak. Zawsze, jeśli gdzieś ją zabierał, przygotowywał niezliczone ilości jedzenia.
- Już wiesz, co chciałem ci przez to pokazać? - spytał, a uśmiech nie schodził z jego twarzy.
- Znaczysz dla całego świata, mniej niż myślałaś? - wywróciła oczami i znalazła sobie miejsce obok niego.
- Nieee... - przeciągnął, lekko załamany pesymizmem dziewczyny. - Chodziło mi o to, że piękne rzeczy wcale nie są daleko od ciebie! Znajdziesz je wszędzie! Wszystko zależy od tego, jak patrzysz... - spojrzał jej w oczy i odgarnął kosmyk włosów, który wypadł z niechlujnego koka.
(...)
- Niall... - zaczęła dziewczyna, leżąc wtulona w chłopaka, patrząc w gwiazdy.
- Tak? - spytał, i obrócił głowę tak, że ich twarze dzieliły milimetry.
- Co, jeśli wszystko to, kiedyś się skończy? - Lizzie wyraźnie posmutniała po zadaniu tego pytania.
- Nie skończy! - uśmiechnął się po zadaniu tych słów.
- Ale... - chłopak nie dał jej skończyć:
- Zaufaj mi! Choć raz! - dodał spokojniej. - Gdy to wszystko, jednak znajdzie swój koniec... - uciął na chwilę, i spoglądał na jej reakcję. - Zawsze będę miał cię w swoim sercu! I nawet, jeśli o mnie zapomnisz, ja będę pamiętał o tobie! Będę się tobą opiekował i chronił! - pocałował ją w czółko.
- Nic nie trwa wiecznie... - szepnęła, unikając jego wzroku.
- Ale nasza przyjaźń - tak! Wiem to! - roześmiał się. - Nigdy w to nie wątp!
*KONIEC RETROSPEKCJI*
Słona łza spłynęła po moim policzku. Ból, jaki powstał w moim sercu był nie do opisania w zwykłych słowach.
Gdzie jesteś, Niall?
~Niall~
Załamany opuściłem dom swojej rodzicielki. Miałem w głowie mętlik. Próbowałem, odpalić samochód, ale ręce trzęsły mi się tak bardzo, że nie mogłem normalnie włożyć kluczyka do stacyjki. Oparłem dłonie na kierownicy i spuściłem głowę, licząc że choć trochę zapanuję nad drżeniem kończyn. Zamiast tego, moje ciało ogarnął, do tej pory uśpiony we mnie - szloch.
- Czemu ty?! Czemu to właśnie ty?! Obiecałem.... - powtarzałem, jak najęty. Może jednak nie straciłem całego swojego człowieczeństwa? Bo, czy ryczałbym jak małe dziecko, zatraciwszy wszystkie swoje ludzkie emocje?
Z wielkim trudem, po nieliczonej ilości prób, w końcu odpaliłem moje sportowe auto, kierując się w stronę domu. Nienawidziłem sam siebie. Jak mogłem być tak głupi i nieodpowiedzialny?! Jak mogłem nie zauważyć, że Elizabeth, to moja mała Lizzie?! Przez ten cały czas, kiedy ją śledziłem.... Jak można być takim idiotą?! Biję w tym chyba wszelkie rekordy!
Zatrzymałem się na podjeździe i zgasiłem pojazd. Wysiadłem, trzaskając drzwiami, po czym pośpiesznie wszedłem do..., chyba mogę to na razie nazwać domem....
- Gdzie Malik?! - warknąłem, do Louis'a, który już zdążył zasnąć na kanapie.
- Po co ci on? - pyta niewyraźnie.
- Lou, nie denerwuj mnie! - krzyknąłem, zły na jego głupotę.
- Ty, blondzia! Nie pozwalaj sobie, na tyle, i ciesz się, że chce mi się spać, a nie przestawiać ci twojej dziecięcej buźki! - powiedział, a jego głos przesiąknięty był udawaną słodyczą.
- Dobra, dobra... - olałem go. - Gdzie Malik? - naprawdę potrzebowałem czegoś, co on mógł mi dać!
- Wyszedł, chyba z pół godziny temu. - zaśmiał się gardłowo.
- Wiesz, gdzie trzyma fajki?! - wybuchłem, na co on parsknął śmiechem.
- Jeśli chcesz zapomnieć, o problemach to zażyj coś mocniejszego! - dodał. Teraz to wściekłem się nie na żarty.
- Nie twoja sprawa! - warknąłem. Miałem tą nieodpartą ochotę coś rozwalić!
- Jeśli chcesz się na czymś wyżyć, to Elizabeth znajduje się w piwnicy! - zaśmiał się.
- Ona nie jest przedmiotem! - krzyknąłem i rzuciłem się na niego z pięściami. Zdezorientowany chłopak uderzył głową w ścianę.
- Ty gnoju! - syknął. - Szajbniętej dziuni ci się bronić zachciało! Cóż za heros! - prychnął pod nosem i zacisnął dłonie w pięści. - Pożałujesz! - zamachnął się.
Przez chwilę straciłem kontakt z rzeczywistością. Kiedy go odzyskałem, poczułem ciepłą ciecz, spływającą po moim policzku i ból, spowodowany ciosami wymierzanymi przez niego.
- Dość! - wydusiłem, kiedy jego noga, po raz kolejny, wylądowała na moim brzuchu.
- Co?! - parsknął śmiechem. - Obrońca uciśnionych ma dość?! - warknął i trafił w moje żebra. Zwijałem się z bólu, nie mając żadnej drogi ucieczki.
- Louis! - krzyknął Liam, biegnąc w naszą stronę. Dzięki ci, żeś wrócił! - Zwariowałeś?! - odciągnął chłopaka, od ledwie kontaktującego - mnie.
- Zasłużył sobie! - warknął, wyrywając się.
- Masz tam porwaną dziewczynę! Ją bij! - szatyn na chwilę się uspokoił, jakby zastanawiał się nad jego propozycją. Po chwili odepchnął od siebie Liam'a i ruszył w stronę jej prywatnego więzienia.
- Zwariowałeś?! - chciałem biec za nim, ale stanowcza ręka chłopaka, zatrzymała mnie i skutecznie sprawiła, że osunąłem się na ziemię. - Liam, goń go! - krzyknąłem, ale byłem bezradny.
"Lizzie!" - pomyślałem, zanim urwał mi się film.
- Czemu ty?! Czemu to właśnie ty?! Obiecałem.... - powtarzałem, jak najęty. Może jednak nie straciłem całego swojego człowieczeństwa? Bo, czy ryczałbym jak małe dziecko, zatraciwszy wszystkie swoje ludzkie emocje?
Z wielkim trudem, po nieliczonej ilości prób, w końcu odpaliłem moje sportowe auto, kierując się w stronę domu. Nienawidziłem sam siebie. Jak mogłem być tak głupi i nieodpowiedzialny?! Jak mogłem nie zauważyć, że Elizabeth, to moja mała Lizzie?! Przez ten cały czas, kiedy ją śledziłem.... Jak można być takim idiotą?! Biję w tym chyba wszelkie rekordy!
Zatrzymałem się na podjeździe i zgasiłem pojazd. Wysiadłem, trzaskając drzwiami, po czym pośpiesznie wszedłem do..., chyba mogę to na razie nazwać domem....
- Gdzie Malik?! - warknąłem, do Louis'a, który już zdążył zasnąć na kanapie.
- Po co ci on? - pyta niewyraźnie.
- Lou, nie denerwuj mnie! - krzyknąłem, zły na jego głupotę.
- Ty, blondzia! Nie pozwalaj sobie, na tyle, i ciesz się, że chce mi się spać, a nie przestawiać ci twojej dziecięcej buźki! - powiedział, a jego głos przesiąknięty był udawaną słodyczą.
- Dobra, dobra... - olałem go. - Gdzie Malik? - naprawdę potrzebowałem czegoś, co on mógł mi dać!
- Wyszedł, chyba z pół godziny temu. - zaśmiał się gardłowo.
- Wiesz, gdzie trzyma fajki?! - wybuchłem, na co on parsknął śmiechem.
- Jeśli chcesz zapomnieć, o problemach to zażyj coś mocniejszego! - dodał. Teraz to wściekłem się nie na żarty.
- Nie twoja sprawa! - warknąłem. Miałem tą nieodpartą ochotę coś rozwalić!
- Jeśli chcesz się na czymś wyżyć, to Elizabeth znajduje się w piwnicy! - zaśmiał się.
- Ona nie jest przedmiotem! - krzyknąłem i rzuciłem się na niego z pięściami. Zdezorientowany chłopak uderzył głową w ścianę.
- Ty gnoju! - syknął. - Szajbniętej dziuni ci się bronić zachciało! Cóż za heros! - prychnął pod nosem i zacisnął dłonie w pięści. - Pożałujesz! - zamachnął się.
Przez chwilę straciłem kontakt z rzeczywistością. Kiedy go odzyskałem, poczułem ciepłą ciecz, spływającą po moim policzku i ból, spowodowany ciosami wymierzanymi przez niego.
- Dość! - wydusiłem, kiedy jego noga, po raz kolejny, wylądowała na moim brzuchu.
- Co?! - parsknął śmiechem. - Obrońca uciśnionych ma dość?! - warknął i trafił w moje żebra. Zwijałem się z bólu, nie mając żadnej drogi ucieczki.
- Louis! - krzyknął Liam, biegnąc w naszą stronę. Dzięki ci, żeś wrócił! - Zwariowałeś?! - odciągnął chłopaka, od ledwie kontaktującego - mnie.
- Zasłużył sobie! - warknął, wyrywając się.
- Masz tam porwaną dziewczynę! Ją bij! - szatyn na chwilę się uspokoił, jakby zastanawiał się nad jego propozycją. Po chwili odepchnął od siebie Liam'a i ruszył w stronę jej prywatnego więzienia.
- Zwariowałeś?! - chciałem biec za nim, ale stanowcza ręka chłopaka, zatrzymała mnie i skutecznie sprawiła, że osunąłem się na ziemię. - Liam, goń go! - krzyknąłem, ale byłem bezradny.
"Lizzie!" - pomyślałem, zanim urwał mi się film.
~Rose~
Próbowałam podnieść się z niewygodnej ziemi, ale moje starania, jak zwykle poszły na marne. Gdzie ja w ogóle jestem? Od kiedy tu jestem?
- Witaj! - usłyszałam, co spowodowało, że obróciłam się w stronę głosu.
- Kim jesteś? - wychrypiałam, dziwnym głosem.
- Póki co... - ucichł na chwilę. - ... jestem twoim najgorszym koszmarem! - dodał mężczyzna, rzucając jakąś tackę w moim kierunku. - To twój przydział jedzenia. - odpowiedział sztywno na pytanie, którego nie zdążyłam zadać. Kim on był?
- Gdzie jestem? - zapytałam z niekrytą nadzieją w głosie.
- Czy myślisz, że jestem na tyle głupi, żeby zdradzać ci takie informacje?! - prychnął pod nosem, uważnie skanując mój wyraz twarzy. Zamyśliłam się. Musiałam go pokonać jego własną bronią, aby uzyskać jakiekolwiek informacje. - Aha, miałem ci przekazać, że jeśli będziesz potrzebowała do toalety, to masz krzyczeć. Co to ja jeszcze chciałem... - podrapał się po głowie w geście zastanowienia. Teraz mogłam mu się dokładnie przyjrzeć. Wysoki brunet z dużymi piwnymi oczami, i lekkim zarostem, który dodawał mu uroku. Ubrany był w czarną koszulkę z krótkim rękawem oraz tego samego koloru spodnie. Na nogach miał ciężkie buty, przez co wyglądał tajemniczo. Był dość, jak to ująć: przystojny.... W niczym nie przypominał porywacza. Emanowała od niego aura spokoju i opanowania. Nie porywczości i złości.
- Już wiem! - wykrzyknął olśniony, przez co się wzdrygnęłam. Ten to wie, jak kogoś wyrwać z zamyślenia. - Pomieszczenie, do którego zostaniesz przeniesiona, zostanie ci udostępnione za kilka dni! - zaśmiał się. Miał taki ładny śmiech. - Na razie posiedzisz tutaj, ale to raczej nie powinien być problem... - dodał tonem, który nie dopuszczał do siebie sprzeciwu i skierował się w stronę wyjścia.
- Czekaj! - krzyknęłam za nim. Muszę się czegoś dowiedzieć! - Rozumiem, że nie powiesz mi, gdzie jestem, ani kim jesteś ty! Ale proszę, powiedz mi, co się dzieje z Lizzie! - wyszeptałam błagalnym tonem. Musiałam się dowiedzieć, czy ona jeszcze żyje! Była moją ostatnią nadzieją.
- Elizabeth nie żyje... - mruknął z obojętnością i wzruszył ramionami.
- J- jak to? - wyjąkałam ze zdziwieniem. Nie możliwe, żeby nie żyła. To nie może być jej koniec!
- Po prostu! - powiedział, niczym niewzruszony. - Zabiliśmy ją! - dodał, a do moich oczu napłynęły łzy. Widząc, że nie mam zamiaru powiedzieć nic więcej, wyszedł. Tak po prostu wyszedł! Chciałam coś powiedzieć, jakoś odgryźć się, ale ja nigdy nie potrafiłam zranić drugiego człowieka. W przeciwieństwie do siostry. Ona zawsze nienawidziła ludzi i miała cięty język.
"Była dla nich taka, jak oni wobec niej!" - niby racja....
Czy to możliwe, żeby tajemniczy brunet miał rację? Przecież....
"Nie widziałaś jej tyle czasu! Wszystko mogło się wydarzyć! Dobrze o tym wiesz!" - ale ona żyje! Ona musi żyć.
Wybuchłam głośnym szlochem. Nie byłam w stanie myśleć o czymkolwiek! Ból zagościł w moim sercu i rozprzestrzeniał się, zajmując każdą komórkę mojego ciała. To nie tak miało być. Za niedługo gwiazdka! Miałyśmy świętować tą uroczystość z całą rodziną! A, co nam z tego zostało! Ona jest martwa, a ja za niedługo będę martwa! Może i nie była idealna, prawie nigdy nie okazywała swoich uczuć, potrafiła mnie całkowicie olewać i krzyczeć na mnie i Niall'a, za to, że powstrzymywaliśmy ją przed popełnieniem samobójstwa, ale nadal była moją siostrą i nic nie zmieniło faktu, że ją kochałam. Nawet nieświadomie sprawiała, że pokochałam życie i wszystko, co z nim związane. Była zamknięta w sobie, rzadko kiedy udało nam się normalnie porozmawiać, ale każde słowo zamienione z nią, było dla mnie na wagę złota. I co z tego, że więcej czasu spędzała z wiecznie roześmianym blondynem, a na mnie nie zwracała uwagi, skoro cieszyłam się jej szczęściem. Blondyn był w niej zakochany i widać to było z Irlandii do Nowego Jorku! Był pierwszą osobą, której tak pozwoliła się do siebie zbliżyć! A on, co?! Zmarnował swoją szansę! Wyjechał, zostawił, porzucił, jak dziecko - pluszową maskotkę, która już mu się znudziła. Ale nie miał pojęcia, przez co ona przechodziła, gdy go już nie było. Jak cierpiała, a każdy dzień od nowa, stawał się męczarnią. Zostałam z tym sama. Nie wiedziałam, co mam robić, aby wróciła do życia! Próbowałam wszystkiego, ale nic nie dawało pożądanych efektów! A rodzice, którzy wiecznie próbowali jej dopiec, w niczym mi nie pomagali! Przysięgam, że jeśli kiedykolwiek spotkam tego głupiego blondyna, tak mu przywalę, że nie pozbiera swoich kończyn z ziemi! Zawsze ją ode mnie odciągał. Rozumiem, że chciał jej pomóc zapomnieć, ale kosztem rodziny?! Dlatego po jego wyjeździe zorientowałam się, że był idiotą, którego nienawidziłam. Potrafił omamić wszystkich wokół, a oni zaślepieni jego "urokiem" całkowicie mu ufali!
*RETROSPEKCJA*
"- Co ty robisz?! - krzyknął chłopak w stronę, wystraszonej Rosalie.
- A- ale ja n- nic... - wyjąkała. Chciała zapomnieć o tym, co zobaczyła przed chwilą.
- Nic nie widziałaś, rozumiesz?! - był widocznie zdenerwowany.
- T -tak.... - nie wiedziała, co ma robić, jak się zachować. Miała w głowie mętlik. Najchętniej zaraz pobiegłaby do Elizabeth, aby powiedzieć jej o wszystkim.
- Jeśli piśniesz choć słówko... - syknął. - ... wiedz, że nie skończy się to dla ciebie dobrze! - bał się i to sprawiało, że blondynka zyskiwała choć minimalną przewagę.
- A co, jeśli powiem? - uniosła jedną brew do góry. - I dowie się o tobie całej prawdy! - krzyknęła, ale zaraz została złapana za ramię i odciągnięta kawałek.
- Nic nie wiesz! - warknął. Gdzie uleciała ta jego wieczna radość?! - Nie znasz prawdy! Nigdy nie skrzywdziłbym twojej siostry! - wyjąkał błagalnie. - Nie możesz jej powiedzieć, rozumiesz? To zniszczy naszą przyjaźń! A tego przecież nie chcesz! - patrzył na nią wyczekująco.
- Skąd mam pewność, że nie kłamiesz? - powiedziała twardo. Blondyn był słaby, ona również, ale umiała zamaskować sprzeczne uczucia miotające nią. Teraz ona ustalała zasady.
- Bo nie ma dla mnie nikogo ważniejszego od niej! - bronił się. - Nigdy nie dopuściłbym, aby została wprowadzona do tego świata! To, że ja to lubię, nie oznacza, że będę próbował ją w to wciągnąć! - płakał. Rose pierwszy raz widziała go płaczącego.
- Nie wierzę ci! Stanie się taka, jak ty! - wiedziała, że blondyn sprowadzi El, na złą drogę.
- Nie jestem taki! Nie skrzywdziłbym jej! Myślisz, że niby, dlaczego nic nie mówiłem? - szlochał.
- Tym razem ci się upiekło, ale jeśli ją skrzywdzisz, lub spróbujesz przeciągnąć na swoją stronę, własnoręcznie się zabiję! - jak głupia była, że mu uwierzyła. W końcu niecałe 2 miesiące później, wyjechał!
*KONIEC RETROSPEKCJI*
Czemu mu ufałam?! Nawet nie wiem, gdzie teraz jest! Pewnie schlał się w jednym z tych klubów i zdechł! Najbardziej denerwuje mnie fakt, że okłamał i mnie, i Lizzie! Skrzywdził ją, złamał jej serce, nawet nie zdając sobie z tego sprawy!
- Czemu cię tu nie ma, siostro? - wychlipałam, kładąc się na zimnej ziemi, zapominając o przyniesionym "jedzeniu". - Obiecałaś, że zawsze będziemy razem! - wyjąkałam z wyrzutem, po czym z braku jakiejkolwiek energii - usnęłam.
~Louis~
Zdenerwowany przemierzałem kolejne schodki, prowadzące do mojego celu, jakim była drobnej budowy - nastolatka. Nie chciałem jej już bić, ale Liam miał rację: to nasz więzień! Ją powinniśmy bić!
Z impetem otworzyłem drzwi z kratą, dzielące mnie od Elizabeth. Rozglądnąłem się po pomieszczeniu i dostrzegłem, skuloną z zimna nastolatkę, która prawdopodobnie spała.
"Och! Jaka szkoda, że za chwilkę się obudzisz!" - pomyślałem z kpiną. Podszedłem do niej i z całej siły wymierzyłem kopniaka w jej brzuch. Usłyszałem pisk, połączony z jękiem i już wiedziałem, że się obudziła.
- Dzień dobry! - złapałem jej głowę, aby nie mogła jej odchylić, a następnie z całej siły, uderzyłem nią o ścianę. Widziałem, jak straciła grunt pod nogami, więc zapewne, zrobiło jej się ciemno. Była osłabiona, jeszcze po moim ostatnim napadzie wściekłości, a więc nawet nie mogła się bronić. Podszedłem i, z dużym nakładem sił, chwyciłem ją za gardło. Chciała się bronić, wiedziałem to, ale szczerze? Nie obchodziło mnie to! Liczył się ból, jaki mogłem teraz jej wyrządzić! I nikt inny mnie nie mógł powstrzymać! Bo niby kto mógł to zrobić?!
Z każdą sekundą zaciskałem dłoń wokół jej szyi. Słowa miała na końcu języka, ale brak tlenu sprawiał, że była bezradna. Już zapomniałem, jaka to przyjemność kogoś zabić! Jak to przyjemność sprawić, że traci się wszelki sens życia! Wszystko co się miało, przestaje mieć znaczenie, a oni zaczynają błagać o jeden strzał, który załatwi zupełnie wszystko!
- Biedna Elizabeth się dusi?! - syknąłem z pogardą. Była słaba, a próbowała wszystkim udowodnić, że jest zupełnie inaczej! To żałosne i tyle! Nie rozumie, co to życie! Zgrywając kogoś innego, nie zajdzie za daleko! - Oj, nadal myślisz, że będziesz żyć długo i szczęśliwie?! - wbijałem paznokcie w jej delikatną skórę. - Słońce, przeliczyłaś się! - warknąłem w jej stronę.
- Pomo... - zaczęła dziewczyna, ale szybko została uciszona, kiedy z pięści dostała w twarz. Nie miała już siły. Wiedziałem.
- Miło było poznać! - prychnąłem. Jeden mocniejszy ucisk, i będzie po niej. Po pyskatej i denerwującej Elizabeth, która myśli, że wie wszystko o wszystkich. Jeden mocniejszy ucisk, i zejdzie z tego świata, czyniąc dla wszystkich sporą przysługę. Jednak żal mi jej, nic nie znaczy dla nikogo. Jest sama, jak palec. I dostanie wreszcie nauczkę.
"I pozwolisz, żeby zginęła?" - tak, z czystym sumieniem, wbiję jej nóż w plecy!
"Z czystym sumieniem, doprawdy? Chcesz zabić dziewczynę, która miała przed sobą całe życie? Ma prawo do wolności, a ty jej to prawo odebrałeś!" - i co mnie to obchodzi?! Mam gdzieś tą nastolatkę i jej "prawa". Tutaj ja ustalam zasady!
"A fajnie się z nią całowało? Zabijając ją, pokażesz to, co wszyscy wiedzą! Jesteś bezuczuciowym chamem!" - ależ mi to nie przeszkadza! Wiem, że nie mam uczuć i nie przeszkadza mi to!
"Nie rań jej tak, jak oni - Lottie!" - i wtedy coś we mnie pękło. Zrozumiałem, że obecność jej tutaj, tylko pogarsza sprawę! Przypomina mi coś, o czym nie chcę pamiętać, ale i o tym, że to już na zawsze będzie w mojej świadomości. To odczucie, że pozwoliłem zabić własną siostrę, nie licząc się z innymi! Ale to nie miało tak być! Ona znalazła się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwym czasie! Gdyby nie jej ciekawość, nadal by żyła!
"To tylko i wyłącznie twoja wina!" - tak, wiem....
Nie wiem, czemu, ale potrzebowałem poczuć jej wargi na swoich! Jej bliskość przy sobie! Może zachowałem się wtedy, jak jeden, wielki cham, ale nie obchodziło mnie to!
Przysunąłem do siebie bezwładne ciało dziewczyny i wpiłem się w jej usta. Chciałem ostatni raz móc ją mieć przy sobie. Zapamiętać każdy detal jej twarzy. Dziwnie będzie tu bez niej. Bez wrednej, pyskującej małolaty. Zrobi się tak, niepokojąco spokojnie.
Czułem, że chciała mnie od siebie odepchnąć.
"Nic z tego, skarbie!" - pomyślałem, ale odsunąłem się od niej, lustrując ją moimi oczami. Zupełnie nie przypomina tej Elizabeth, którą porwaliśmy. Tamta miała roześmiane, pełne życia i blasku - oczy, delikatną, nieskazitelną cerę, długie włosy, falami opadającymi na jej ramiona oraz tą energię, do denerwowania i rozśmieszania mnie swoją głupotą. Ta Lizzie, która znajdowała się teraz naprzeciwko mnie, była zupełnym jej przeciwieństwem: zapadnięte policzki, wory pod oczami, spowodowane nieustającym płaczem, smutne i bezbarwne oczy, które straciły swój dawny blask, włosy zniszczone i pozlepiane krwią, skóra, która nabrała szarawego odcienia. Ale nie to najbardziej rzucało się w oczy. Tamta El, wierzyła, że jeszcze jest szansa na ucieczkę, a ta? Ta stała się niemal całkowicie uległa i posłuszna! Straciła wszelką nadzieję, na to, że jeszcze wróci do "cywilizowanych" ludzi i jej wielce ograniczonego świata! To najbardziej widać, kiedy się na nią spojrzy. Ale to sprawia, że straciła swój urok! Nadal jest przepiękną nastolatką, o hipnotyzującym i magicznym spojrzeniu, która....
"Stop, Louis! Co ty wyprawiasz?!" - kontempluję.
"Zabij ją! JUŻ!" - tak, najwyższa pora.
I już, już miałem ja zabić, kiedy ktoś gwałtownie, ale nie pewnie odciągnął mnie od niej i popchnął do tyłu.
"Niall!" - pomyślałem i prychnąłem pod nosem. Blondyn ostatnio naprawdę zaczyna mi działać na nerwy.
- Nialler, daruj sobie, te chwile bohaterstwa! - mruknąłem i podniosłem się. - To żałosne! - obróciłem się w jego stronę, ale nie zastałem tam tego, kogo się spodziewałem.
Tuż przede mną z zaciśniętymi pięściami i napiętymi do granic możliwości, zapewne ze złości, mięśniami, stał... Harry?!
"Są w życiu chwile, gdy myśli się, że jest tak źle, iż już gorzej być nie może. Wtedy właśnie okazuje się... że jednak może."
Rafał Kosik
Hej, przychodzę do was dzisiaj z rozdziałem numer 12!:) Wielkie dzięki za te 31 pod poprzednim rozdziałem:* Wiecie, jak bardzo was wszystkich kocham??<3
Szczerze, to mam wrażenie, że ten rozdział jest krótszy:( I w ogóle beznadziejny:( I nie miałam na niego w ogóle weny, ale o tym za chwilę:)
Bardzo cieszę się, że przysyłacie prace!:) Konkurs nadal trwa, pamiętajcie:* Czekam na kolejne zgłoszenia, bo przykro mi to pisać, ale na razie mogę policzyć na palcach u jednej ręki i jeszcze mi palców zostanie;( Skoro czytacie bloga, to czemu nie weźmiecie udziału w czymś z nim związanym:(
A teraz ta ważna notka, skierowana szczególnie do jednej osoby, która mam wrażenie, że wie, iż to właśnie o nią chodzi:
A, więc: Drogi Anonimie!
Usunęłam twoje komentarze! Dlaczego? Zapytasz. Pewnie nie mogła się pogodzić z krytyką - powiedzą inni. Otóż nie. Znaczy inną sprawą jest, że twój komentarz bardzo mnie zabolał, i odebrał mi wszelki chęci do pisania, ale postanowiłam, że skoro coś zaczęłam, to to skończę i tak będzie! Głównie chodzi mi o to, jak niemile zachowałaś się w stosunku do moich przyjaciółek! Nikt nie dał ci upoważnienia, aby je obrażać, tak samo, jak ja nie mam zamiaru obrażać ciebie! Chcę ci tutaj parę rzeczy sprostować.
Daję limit komentarzy! Czemu? Bo, jeśli go nie dam, czy dalej będzie komentować tyle osób?! Nie, i doskonale o tym wiesz! Zawsze tak jest, poza tym, na tylu blogach są te limity, ale przyczepiłaś się akurat do mnie! Nie wiem, co ja ci takiego zrobiłam, żeby mnie tak nienawidzić! Nie mówię, że nie jesteś odważna i w ogóle, ja sama długo zwlekałam, z tym, żeby założyć bloga i szczerze, teraz nie wiem, czy nie żałuję! Powinnam pisać dla siebie i tak z pewnością jest, ale gdy już to opublikuję na forum, to liczę, że ktoś oceni moje "dzieło". Zawsze brałam i nadal biorę do siebie krytykę innych ludzi: "Zawsze chciałem być jedną z tych osób, które tak na prawdę nie przejmują się tym co myślą inni. Ale nie jestem." - Harry Styles. Wiem, że to niezbyt oryginalne wstawiać ten cytat, ale to czysta prawda! Zawsze biorę do siebie opinię innych. Wiem, że to głupie z mojej strony, ale nic na to nie poradzę! Tylko osoby mi najbliższe wiedzą, że gdy coś pójdzie mi nie tak, lub gdy ktoś po mnie będzie "jeździć", potrafię mieć traumę do końca życia, płakać przez długi czas i kompletnie rzucić coś, co kochałam.
Wiesz, że przez ciebie zaczęłam się zastanawiać, czy nie skończyć z pisaniem?! Wiele razy takie myśli mnie nachodzą, ale zawsze je odganiam! Czy zdajesz sobie sprawę, że gdyby nie moja siostra, która zawsze mnie wspiera ( czyt. Rose Carter ), po której ładnie pojechałaś, gdy ona postanowiła mnie bronić, ten blog już dawno by nie istniał?! Gdyby nie ona, i wszystkie wspierające mnie osoby (wy czytelnicy także), dawno ludzie zapomnieliby o Natce99!
Ja zdaję sobie sprawę z tego, że to co piszę, nie jest na jakimś strasznie wysokim poziomie.... Bądźmy szczerzy: to jest beznadziejne, dlatego nie rozumiem, czemu tyle ludzi to czyta! Ale ja wciąż się uczę, a mój styl pisania przeszedł ogromną metamorfozę! Cały rok czekałam do dnia konferencji, w którym moja nauczycielka polskiego powie o mnie choć jedno miłe słowo! I nie skrytykuje czegoś, czego nie napiszę! Bo krytyka boli o wiele bardziej niż miłe słowa i nawet, jeśli będzie ze 100 pozytywnych komentarzy, to 1 negatywny sprawi, że człowiek zaczyna mieć do siebie pretensje!
Kiedy pojechałaś po mojej przyjaciółce, pisałam z nią, nie wiedząc co mam zrobić! Długo musiała mnie przekonywać, żeby się tym nie przejmować! I nadal nie do końca jestem pewna jej słów! A siostra - ona zawsze jest przy mnie! Ale kocham to, bo gdyby nie ona, byłoby ze mną naprawdę źle!
Nie wiem, czy wiesz jak bardzo niską mam samoocenę. Jak bardzo potrafię siebie krytykować! Jak bardzo cierpię widząc wszystkie te idealne osoby, które mają wszystko. A jak? Co mam? Przyjaźń! Ale znalazłam ją zbyt późno, aby mogła cokolwiek naprawić! I nadal mam ogromne problemy z zaakceptowaniem siebie, ale mimo to, czuję że poznałam ludzi, którzy mi pomogli i są tacy, jak ja! I dlatego w tym opowiadaniu taką uwagę przykładam do wartości braterskiej miłości i przyjaźni!
I wiesz, co? Jeśli nie podoba ci się to, co piszę - to nie czytaj. Jakoś przeżyję brak jednego "czytelnika". Ale proszę, jeśli masz choć trochę sumienia i człowieczeństwa, to napisz, co sądzisz o rozdziale (który jest beznadziejny), a nie hejtuj mnie! Bo ocenić kogoś jest naprawdę łatwo! Ale nigdy nie wiemy, co później się z tą osobą dzieje!
Ten post pokaże ilu czytelników jest naprawdę ze mną, jeśli nie będzie żadnego - zrozumiem. Skończę pisać, bo po co! Ale będę wiedziała, że nie robię czegoś na darmo!
Dziękuję za uwagę!
Z związku z powyższą zaistniałą sytuacją (ale sztywno, nie mogę:D), wyjątkowo w najlepszym komentarzu pod rozdziałem cz. 4 wygrywają: WSZYSCY!!! Dziękuję wam bardzo kochani! Nie zapomnę wam tego :* Z przyczyn czasowych, nie wkleję tu wszystkich, ale wszystkie wygrały!:D
Jeszcze raz bardzo przepraszam was za ten beznadziejny rozdział, ale chciałam go wam już dodać:)
Mam nadzieję, że zostawicie po sobie jakiś ślad:) Jak już mówiłam: ten post pokaże ilu mam prawdziwych czytelników:D
Do zobaczenia,
Natka99<3
Subskrybuj:
Posty (Atom)







