wtorek, 23 czerwca 2015

24: "Dlaczego ja to zrobiłem?"


Witam Was kochani! ^^ 
Dziś przychodzę do Was z rozdziałem 24! :3 ale ten czas 
szybko leci :) Ale  od czwartku mam już wakacje,
co wiąże się z wolnym czasem, a to z kolei z częstszymi rozdziałami, 
oraz wysłaniem tego do wydawnictwa :D
Mam nadzieję, że mi się uda ;c pożyjemy = zobaczymy :P

PROSZĘ, ABY ROZDZIAŁ SKOMENTOWAŁ KAŻDY KTO CZYTA
TEGO BLOGA :) TO DLA MNIE NAPRAWDĘ WAŻNE <3 PRAGNĘ POZNAĆ WASZĄ OPINIĘ :) 

OSOBY PISZĄCE ANONIMOWO PROSZĘ O PODPISANIE SIĘ, 
BO NAPRAWDĘ WIDAĆ TO, IŻ JEDNA OSOBA PISZE PO KILKANAŚCIE KOMENTARZY :)


Miłego czytania! :)




 ~Louis~


Zmęczonym wzrokiem wodziłem po ścianie. Melancholijny dźwięk opadających kropel deszczu obijał się głośnym echem po niewielkim pomieszczeniu. Leniwie zamrugałem oczami, potrzebując snu, na który nie mogłem sobie pozwolić. Nie tutaj. Nie w miejscu, gdzie w chwili nieuwagi jeden strzał załatwi wszystko. I już nie będzie strachu, cierpienia, ucieczek, zdenerwowania. Tylko wieczny sen, z którego nie będzie nam dane się obudzić.
Czułem, jak zdrętwiały mi kończyny. Przebywanie w jednej, niewygodnej pozycji, w pomieszczeniu, w którym zaczyna brakować tlenu, nie działa na człowieka odprężająco. Westchnąłem i popatrzyłem na sufit. Musiałem znaleźć sposób, żeby się stąd wydostać. Żeby ją stąd wydostać. Wiedziałem, że jeśli nie znajdę pomocy dla niej już teraz, potem będzie za późno. Środek, który jej zaaplikował to nie byle jaki narkotyk. Już dawno by się obudziła. Żadne nowe rany nie zdobiły jej ciała. Od zawsze wiedziałem, że Nicholas to człowiek, który już dawno utracił rozum. Testował nowe środki na ludziach, a potem obserwował, co się z nimi stanie. Nieraz na własnych oczach widziałem, jak niewinni obywatele ginęli od jednego zastrzyku, jaki im zaaplikował. Od małego pomagałem mu. Miałem okazję dokładnie przyjrzeć się całemu laboratorium, gdzie substancje tworzone były z połączenia różnych preparatów, kwasów.
Pamiętam, jak niegdyś schwytał młode małżeństwo. Podał im dwie fiolki z nowymi mieszankami. Po pierwszym kobieta zbladła. Upadła na podłogę, chwyciła się za gardło i zaczęła krzyczeć. Jej pisk słyszany był, dopóki kwas, jaki połknęła nie wypalił jej gardła. Wymiotowała nieprzyswajalną dla organizmu, zielonkawą substancją. Po całych jej męczarniach i poddaniu jej ciała do analizy, okazało się, że silnie żrąca substancja, spaliła żołądek i przewód pokarmowy. Spieniła się, cuchnąc chemikaliami. Po zwróceniu zasychała i zamieniała się w proszek, zabójczy środek. 
Drugi był mężczyzna. Płyn jaki wypił miał ciemnofioletowe zabarwienie. Szybko zaczął się śmiać, jak po zwykłych narkotykach, potem płakać, a na końcu krzyczeć. Mieszanka tego, co mu podano sprawiła, że poziom adrenaliny w jego organizmie podskoczył, wywołując paraliżujące halucynacje. Zginął ze strachu. Padł na zawał. 
Po torturach Nick się ich pozbył. Do dziś nie wiem, jak. Szczerze, nawet nie chcę wiedzieć. Miałem dziesięć lat, kiedy po raz pierwszy ujrzałem coś tak okrutnego. Przeraziło mnie to, chciałem im pomóc. Wybuchłem płaczem i schowałem się za Gordonem. Wtedy usłyszałem od niego słowa, które powtarzałem sobie niemal przez całe życie: "Nie bądź słaby. Tylko ludzie, którzy mają uczucia są słabi. A ty pokaż, że nie masz uczuć. Że będziesz dążył do wybranego celu. Nigdy nie zdradzisz i nigdy nie zawiedziesz." 

Wierzyłem w każde jego słowo. Szkoda, że tak późno przejrzałem na oczy. Dopiero teraz doszło do mnie, że to nie nienawiść buduje człowieka. Z nią jesteśmy tylko marnymi istotami pełnymi złości i zazdrości. Zapominamy o tym, że każdy w nas ma w sobie coś wyjątkowego i nawet, jeśli tego nie dostrzegamy, nie oznacza to, iż tego nie ma. Nasza indywidualność ukazuje się nam na każdym kroku. Powinniśmy dostrzec ją i iść na głosem serca. Obrać własną, niepowtarzalną ścieżkę w życiu i z dumą się nią kierować. Nikt nam nie wróci straconych dni, ale może dać nam nowe, niczym czystą kartkę, którą zarysujemy wraz z mijającymi godzinami. I tylko w naszym interesie będzie, czy pozostanie biała, a nawet bielsza, czy zabarwimy ją tysiącami kolorów, w jakich dostrzeżemy wszystko dookoła. 
Żałuję, że nie potrafię zmienić się na lepsze. Jedyne, co jest we mnie nowe, nieznane to uczucie, którym darzę Elizabeth, a którego sam nie rozumiem. 

Wtem drzwi otwarły się z hukiem, a do środka wszedł Liam. Otworzyłem oczy szeroko. Wolność.
- Mogłeś mi pomóc szybciej. - warknąłem z przyzwyczajenia, kiedy założył ręce i patrzył na mnie spokojnie.
- Tylko, że tym razem, Tomlinson, on pracuje dla mnie... - tuż obok mojego przyjaciela stanął Nicholas i patrzył na mnie z wymalowanym na twarzy triumfem. 
- Gardzę tobą. - syknąłem w stronę bruneta, który niewzruszenie stał nad nami. Moje losy były teraz w rękach tego zdrajcy.
- Zabrać go. - powiedział Nick i wyszedł z pomieszczenia. Poczułem, jak mężczyźni odwiązali mnie od Elizabeth i wypchnęli z pokoju. Oczywiście, nie byłbym sobą, gdybym nie zaczął się wyrywać, jednak jak zwykle obróciło się to na moją niekorzyść. Poczułem ukłucie w kark, po czym obraz zaczął mi się zamazywać, aż w końcu urwał.

Obudziłem się w ciemnym pokoju. Okna były zasłonięte poszarpanymi firanami, żarówki rozbite. Chciałem wstać, jednak grube sznury zaciśnięte na moich nadgarstkach uniemożliwiły mi to. Siedziałem na skrzypiącym, drewnianym, zapewne bardzo starym krześle. Drewno było słabe, chybotliwe, lada chwila gotowe pęknąć. W powietrzu czuć było ostry zapach siarki i papierosów. Na moich ustach zawiązana była brudna, wilgotna szmata. Zakaszlałem, zaciągając się jej zapachem.
- Tak cho****** długo czekałem na ten moment! - warknął Nick, podchodząc do mnie. Za paskiem miał pistolet, w dłoni małą fiolkę. - Widzieć Louis'a Tomlinson'a we własnej osobie, uniżonego... gotowego oddać wszystko w imię miłości... - wywrócił oczami, szczerze rozbawiony. Spojrzałem na niego z ognikami nieodpartej wściekłości w spojrzeniu. - Co? Chcesz coś powiedzieć? Słucham? - prychnął i z całej siły kopnął moje krzesło. Stare drewno zatrzeszczało, a potem pękło. Upadłem wraz z nim na glinianą podłogę. Ostre drzazgi boleśnie wbijały mi się w kręgosłup. Zawyłem z bólu, na co tylko zaśmiał się. To był początek jego nieprzyjemnej gry. 
Postąpił krok naprzód, odkorkowując buteleczkę. Już wiedziałem co było w środku. Jedno z tych jego "śmiertelnych napojów". A ja nie mogłem choćby odsunąć się, żeby uniknąć zaaplikowania trucizny.
- Samolocik leci do buźki! - warknął szyderczo. Jeden jego goryl złapał moją szczękę, miażdżąc ją swoim uściskiem. Zacząłem krzyczeć, wyrywać się. Niestety, bezskutecznie. Wlał mi całość do ust, po czym zamknął je. Nie miałem wyboru, czy chcę to połknąć. To był przymus. - Wiesz, co wypiłeś? - spojrzał na mnie, wygrywając kolejne starcie. - Jedyną rzecz, która mogła przywrócić tą dzi*** do życia. - powiedział, a ja poczułem, jak robi mi się słabo. To nie tak miało być! Elizabeth musi przeżyć!
- Piep** się skur*****! - splunąłem mu w twarz. Przymrużył oczy i założył ręce. 
- Jeszcze nie przetestowałem działania na zdrowych osobach. Będzie... ciekawie. - wywrócił oczami i z całej siły, uderzył mnie oderwaną nogą od krzesła. Ostatnie, co pamiętam to obraz Liam'a wsuwającego mi coś do ręki. Potem mam pustkę...

Świadomość w pełni odzyskałem w znajomym pomieszczeniu. Wszystko wydawało się takie zniekształcone, inne. Potrząsnąłem głową, myśląc że to jedynie głupi żart, ale halucynacja nie mijała. Uderzyłem pięścią w ścianę zdenerwowany. Jednak moja dłoń nie spoczęła na zimnym betonie, tylko na czymś delikatnym i miękkim. Otworzyłem drugą dłoń, którą przez cały czas trzymałem zaciśniętą. W środku widniał mały, srebrny kluczyk. Czy to moja nadzieja na wolność.
- Co ku***? - wymamrotałem, nic nie rozumiejąc. Wstałem na drżących nogach, chwiejąc się i całym swoim ciężarem naparłem na drzwi, czując że w nogach nie mam oparcia. Próbowałem trafić kluczem w zamek, jednak nagle pomnożyły się razy kilka. Osunąłem się bezradnie na ziemię i kopałem metal z całej siły. Przepełniała mnie złość. Chęć zniszczenia czegoś. Odwróciłem się i dopiero teraz dostrzegłem Elizabeth. Nachyliłem się nad nią i mocno spoliczkowałem.
- Dlaczego ja to zrobiłem? - mówiłem sam do siebie. Jedno mówiłem, drugie myślałem, a jeszcze inne robiłem. Czułem się tak, jak robot sterowany przez konsolę. Jakby druga osoba miała władzę nad tym, co robiłem.
Walczyłem sam ze sobą o to, aby nie zrobić jej krzywdy. Stęknąłem słabo, czując że jestem na przegranej pozycji.
- Elizabeth, przepraszam! - jęknąłem, a potem straciłem kontrolę nad moimi czynami. Bez skrupułów raniłem jej niewinne ciało. Widziałem krew, która wypłynęła jej w wargi, nosa, czoła. Usiadłem na niej okrakiem, żeby mieć lepszy punkt podparcia, po czym kontynuowałem moją rzeź.
- Louis! - usłyszałem stanowczy, karcący głos, a potem gwałtowne szarpnięcie na lewe ramię zdarło mnie z dziewczyny. Czułem, jak trzęsę się, a krople potu spływają mi po zmęczonym czole.
- Muszę ją bić, nie rozumiesz?! - krzyknąłem. - Nie wiem, dlaczego... pomóż mi... - byłem w amoku. Tak bardzo nie chciałem jej krzywdy. - Zabij mnie... - wyszeptałem błagalnie. Pokręcił głową. Wziął ją za ręce. 
- Chodź. Uciekajmy z tego podłego miejsca... - mruknął i wybiegł z naszego piekła. Ruszyłem za nim, gnany potrzebą ciosów składanych na jej ciele. Na ciele Lizzie. Brunet skręcił i pistoletem zepsuł kod zabezpieczeń. W całym budynku zrobiło się głośno od hałasu wydawanego przez alarm. Nerwowo oglądnął się za siebie, po czym zaczął pakować różne fiolki do kieszeni. Sala nie była duża. Wyglądała, jak niczym nie wyróżniająca się pracownia chemiczna w jednej ze szkół. Kilka dużych stołów, na których znajdowało się wiele preparatów, ustawione było prostopadle do drzwi wejściowych. Przy ścianie stały dwie duże szafy z małymi podpisanymi fiolkami. Właśnie te buteleczki chował teraz brunet. Czerwone światła informujące o zagrożeniu migały nad nami ostrzegawczo, jakby chciały nam uświadomić, że zaraz ktoś pozbawi nas względnej wolności.
Usłyszałem czyjś bieg, w korytarzu, który wypełnił się uzbrojonymi ludźmi. Ludźmi, którzy tylko czekali na to, aby nas złapać i dotkliwie pobić.
- Oni polują na nas... - powiedziałem po chwili, jakbym nie zdawał sobie sprawy z rosnącego zagrożenia. Liam spojrzał na mnie z przerażeniem, ale i niekrytą determinacją w oczach.
- Louis, biegnij! - krzyknął, a ja poczułem się tak, jakbym przestał nadawać na właściwych falach. Stałem w miejscu i patrzyłem na niego, jak na obcego człowieka, którym z każdą chwilą się stawał. - Louis! - powtórzył, ale w tym momencie zostaliśmy otoczeni przez ludzi Nicolasa. Miałem poczucie, że nie mogę opuścić tego miejsca, muszę tu zostać. Zupełnie, jakbym został przykuty do jednej ze ścian niewidocznymi kajdanami, które niczym magiczna siła przyciągały mnie coraz mocniej w swoje szpony.
Elizabeth wyślizgnęła mu się z rąk i niewinnie przeturlała po zimnej, kamiennej posadzce, zatrzymując się w kącie pomieszczenia. Patrzyłem na nią pustym wzrokiem, który teraz domagał się krwawej ofiary złożonej właśnie z niej. 
Od pustych myśli oderwał mnie dopiero wystrzał z broni mojego kompana. Pocisk toczący się z zawrotną szybkością przeleciał tuż obok mnie, dotkliwie raniąc pierwszego mężczyznę. I właśnie to było iskrą, która rozpaliła ogień. Każdy z nich wyciągnął pokaźny składzik broni. Nim zorientowałem się, padały już kolejne strzały. Widziałem, jak szkarłatna ciecz trysnęła z ręki mojego kompana. Ale po prostu stałem niewzruszony. To co działo się dookoła, nie miało najmniejszego znaczenia. Nawet kule, które latały coraz bliżej mojego ciała. Oszałamiające było to, że żadna nie tknęła jej. Leżała w miejscu, które wydawało się ognioodporne. Jakby była nietykalna... 
Przymrużyłem oczy, czując narastającą wściekłość na nich wszystkich, na nią, na siebie. Zacisnąłem szczękę i podszedłem tam. Kucnąłem przed nią, mierząc wzrokiem jej ciało. 
- Niewinna... - warknąłem pod nosem, uderzając jej policzek, który już po chwili poczerwieniał, ukazując odcisk mojej dłoni. - Urocza... - kolejny cios, tym razem w żebra. Usłyszałem, jak chrupnęły pod naciskiem uderzenia, zapewne łamiąc się. - Wyjątkowa... - odkręciłem jedną buteleczkę i wylałem na jej dłoń. Skóra zrobiła się w tym miejscu sina, po czym pokryła bąblami, zapewne na skutek poparzenia. Uśmiechnąłem się, ale zaraz potem pokręciłem głową. - Co ja robię? - szepnąłem sam do siebie. Musiałem zacząć kontrolować swój organizm, inaczej przegram, zabijając ją.
- Louis! Pomóż mi do cho****! Sam nie dam rady! - krzyknął zakrwawiony Liam. Zacisnąłem oczy. Nie potrafiłem. Coś mnie blokowało, dusiło wewnętrznie. - Louis! - powiedział błagalnie. Rozglądnąłem się i przeczesałem nerwowo włosy, widząc gaśnicę. Złapałem stanowczo broń leżącą na ziemi i podniosłem ją. Nagle zrobiła się ciężka, zupełnie jakby wykonana została z ołowiu. Wziąłem głęboki wdech i wydech, po czym strzeliłem w nią. Skondensowany dwutlenek węgla poderwał ją, rozbryzgując pianę na mnie i wszystkich dookoła. Liam szybko potarł oczy i przerzucił sobie Elizabeth przez ramię.
- Chodź, Louis... - popchnął mnie w stronę wyjścia. Powłóczyłem nogami, które były coraz cięższe do udźwignięcia. - Louis... musisz się przemóc... proszę cię, chodź... nie czas na żarty... pomyśl, że to było sok, a nie coś, co przywróci ją do życia. Pomyśl, że to nie ma na ciebie wpływu. To siedzi w twojej psychice, Lou. Musisz pokonać uprzedzenia do niej, do samego siebie... - pokręcił głową i stanął przede mną. 
- Jesteś zbyt pewny tego, co mówisz... a ja nie umiem... - westchnąłem. - To silniejsze ode mnie... - zbolałym wzrokiem patrzyłem przed siebie. Słyszałem, jak strzały ponowiły się. Tym razem było ich więcej, stawały się coraz głośniejsze.
- Stary, nie żeby coś, ale zaraz ustrzelą nam głowy... - jęknął i zaczął mnie ciągnąć z wysiłkiem. Oglądnąłem się za siebie. Tym razem, już lepiej uzbrojeni ludzie, pracujący dla Nick'a biegli za nami zdecydowani, co do zabicia nas. 
Czułem się, jak po wypiciu sporej butelki alkoholu. W głowie mi szumiało, nogi chodziły we własne strony, ale nie w tą, którą musiały podążyć.
- No dalej... - zużywałem całą energię, aby skupić myśli i stawiać krok, za krokiem. Liam patrzył na mnie ze współczuciem. - Biegnij z nią... - pokręciłem głową. - Nie dam rady... - syknąłem z bólu i upadłem, kiedy poczułem, jak pocisk przeszywa moje ciało. Krew trysnęła tuż spod mojego kolana. Liam wypuścił powietrze ze świstem i odbiegł. Osunąłem się na ziemię, oszołomiony wystrzałem i bólem, jaki mi sprawił. Oddychałem ciężko, nie mogąc się skupić. Szkarłatna ciecz zdobiąca moje spodnie, odebrała mi zdolność trzeźwego myślenia. Zastygłem w bezruchu. Nie mogłem pojąć, co się ze mną dzieje. W normalnych warunkach z zimną krwią wstałbym, i pomimo rany, biegłbym przed siebie oddając strzały. Już nieraz wychodziłem cało z nieciekawych sytuacji. Ale tym razem było inaczej. Chwiałem się, jak po wypiciu kilku kieliszków czystej wódki. Zwyczajnie nie byłem sobą i przeszkadzało mi to. Irytowało mnie to, że całkowicie zależy jestem od nich i od tego, czy Liam zdąży wrócić po mnie. Nogi drżały mi, jak sparaliżowanemu, wzrok rozmazywał się. Czy tak wygląda koniec? Mój koniec? 
Moja głowa uderzyła o ubitą, wyschniętą na wiór ziemię. Pył leżący na niej uniósł się, przez chwilę, mieszając z lekkim powietrzem. W końcu skończył tam, gdzie ja. Wzrok mnie zawodził, ludzie byli rozmazani, krzyk niewyraźny.
- Pomocy... - ruszyłem słabo ustami, lecz nie wydobył się z nich żaden odgłos. Czułem się, jak nikt. Tlen, którego nikt nie widział. Z tą różnicą, że życie bez tlenu nie jest możliwe, a beze mnie, wręcz lepsze. 
Spękane wargi uporczywie starały się wypowiedzieć cokolwiek, co mogłoby mnie wybawić, lecz z marnym skutkiem. Było mi słabo. Żółć prawdopodobnie pragnęła opuścić mój żołądek.
"Zwymiotuj, Louis... może poczujesz się choć trochę lepiej. W końcu choć trochę tego świństwa wyjdzie na zewnątrz..."  
Naprawdę chciałem posłuchać się własnej podświadomości, ale kiedy zdawałem sobie sprawę, że we mnie znajduje się jedyne lekarstwo, które pomoże się El obudzić, nie mogłem. Nawet jeśli to sprawi, że już nigdy nie ujrzę kolegów, własnego pistoletu i marmurowego nagrobka Lottie.
"Wdech i wydech. Uspokój się."
Spokój w takiej chwili jest czymś absurdalnym. Poczułem, jak ktoś stawia swój ciężki but, na mojej klatce piersiowej z zadowoleniem. Z trudem zaciągałem się powietrzem, którego nie umiałem już wykorzystać, jak należy. Jednak nagle ciężar ustąpił, a mężczyzna runął tuż obok mnie. Jego puste już oczy patrzyły przed siebie, pozbawione życia, które uleciało w tak szybkim tempie. Jego klatkę piersiową zdobiła spora rana postrzałowa, z której nieprzerwanie lała się krew.
Czyjeś ręce podniosły mnie, jak bezbronną marionetkę. 
- Lou, stary... chociaż staraj się ruszać nogami... - zachwiałem się, nie rozumiejąc przesłania słów, jakie wypowiedział. Wziął mnie pod ramię i zaczął ciągnąć, co chwila oddając strzały z naładowanego amunicją pistoletu. 
Już po chwili ujrzałem za sobą znajomy mur, który z każdą chwilą coraz bardziej się od nas oddalał.
- Cho****... - mruknął brunet pod nosem i rozejrzał się, nie mając pojęcia, którędy iść. - Każde drzewo wygląda tak samo... - nerwowo zmarszczył brwi. 
- Tutaj są! - naszych uszu dobiegł surowy głos jednego z ludzi Nicolasa. Nie było czasu na zastanawianie się. Liam puścił się szaleńczym biegiem przed siebie, ciągnąc mnie. Grunt w pewnym momencie, osunął nam się spod nóg. Zaczęliśmy spadać. Rośliny, które ciężko jest spotkać w Irlandii, raniły nasze dłonie i twarze. Czułem, jak brunet w pewnym momencie mnie puścił. Oboje turlaliśmy się szybko, niezależnie od nas, wpadając na coraz to nowe,  twardsze rośliny. 

W końcu uderzyłem w ogromne drzewo, miażdżąc przeponę. Czułem, jak tlen przestaje docierać do moich płuc. Nerwowo brałem coraz większe oddechy.
- Chodźmy stąd... - Liam wstał, powoli dochodząc do siebie po upadku. Potrząsnął głową. - Jak mogłem nie zauważyć tej skarpy? - podparł dłonie na kolanach, zginając się. - Trzeba znaleźć wodę... a potem wyjście stąd... i przede wszystkim ludzi... - potarł czoło, które zrobiło się mokre od potu pomieszanego z krwią. - W porządku, stary? - zmarszczył czoło, kucając przy mnie. Trzęsłem się nie do opanowania. Było mi gorąco, a krople potu spływające po mojej twarzy, były niczym parzący mnie lód.
- Gdzie Elizabeth? - wydusiłem słabo. Westchnął i pomógł mi wstać. Od razu upadłem z powrotem, niezdolny do pokonania choćby metra.
- To teraz nieważne. Musimy się stąd wydostać, opatrzyć cię... - pokręcił głową. - Mogę się założyć, że ludzie Nick'a już nas szukają. - nerwowo podrapał podbródek.
- Liam... - popatrzyłem na niego zbolałym wzrokiem. Zasługiwałem na to, by choć raz ktokolwiek był wobec mnie szczery. 
- Zostawiłem ją tam... - wypuścił powietrze ze świstem i uderzył pięścią w drzewo. - Bo to ku*** tylko zakładniczka, a ty jesteś moim kumplem od prawie zawsze. I tak nie dostalibyśmy za nią pieniędzy, w końcu jest już prawie martwa. A jeśli aż tak bardzo ich potrzebujemy, to porwijmy kogoś innego, w końcu jesteśmy tymi lepszymi. Co to dla nas zabezpieczenia obronne. - mówił szybko, przerywając jedynie na zaczerpnięcie oddechu. Na koniec zaśmiał się gorzko. - Nawaliłem... - powiedział i z całej siły kopnął drzewo stojące przed nim. 
Poczułem, jak nagle wszystko przestaje mieć znaczenie. Musimy po nią wrócić. Ja muszę. Nawet, jeśli przez cały czas będzie nieobecna. Potrzebuję czuć ją obok siebie. Jej zapach, dotyk, po prostu ją. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale teraz ta niezwykła szatynka jest jedynym, po co żyję. Jeśli stracę ją, stracę wszystko. 
- Musimy po nią wrócić? - szepnąłem zachrypniętym, zmęczonym głosem. - Musimy... 
- Louis, czy ty zdajesz sobie sprawę, z ogromu ryzyka? - przyjaciel patrzył na mnie, jak na skończonego idiotę, który bredzi. - Dlaczego to aż takie ważne? - pokręcił głową, ale umilkł, kiedy usłyszał znajome głosy. Zacisnął szczękę i zaczął mnie ciągnąć za sobą. Zamknąłem oczy. Czułem metaliczny zapach krwi, która nieprzerwanie ciekła z mojej rany. Nie pamiętam kiedy, ale w końcu usnąłem.





*RETROSPEKCJA*

"Drobny, wychudzony chłopiec średniego wzrostu, o pięknych błękitnych oczach siedział pomiędzy dwoma kontenerami na śmieci, w jednej z wąskich uliczek Nowego Jorku. Patrzył wystraszony na ludzi, którzy śpieszyli się do pracy, szkoły, uczelni... każdy zajęty było czubkiem własnego nosa i nie zwracał uwagi na drugiego człowieka. 
Bawił się dłońmi, brudnymi od ulicznego smogu, który nieprzerwanie unosił się w powietrzu. Ostatnio jadł dwa dni temu, jakieś resztki z kubła restauracyjnego. Cóż, lepsze to niż nic. 
Pociągnął cicho nosem. Do tej pory nie potrafił wyjaśnić, jak udało mu się przejść niezauważonym na pokład statku. Przepłynął Atlantyk, aby się tu dostać. Pierwsza łezka spłynęła, po jego zsiniałym od styczniowego wiatru, policzku. Dookoła leżał w większości roztopiony śnieg, który z czasem zamieniał się w błoto. 
Starał się naciągnąć rękawy koszulki z krótkim rękawem, lecz na darmo. Dygotał z zimna, schowany przed światem. Nie liczył się już dla nikogo. Wykreślony przez wszystkich wyrzutek społeczeństwa. A przecież to tylko dziecko. Dziecko, które potrzebuje opieki, troski, ale przede wszystkim, miłości. Przecież, jeśli nie zazna jej teraz, to jak sam w przyszłości będzie umiał nią obdarzyć drugą osobę?
Łkał cichutko, nie radząc sobie z emocjami.
-Tatusiu, popatrz... tam leży jakiś chłopiec... - mały czarnowłosy chłopczyk, pociągnął za rękaw mężczyznę, rozmawiającego przez telefon, przez co surowo skarcił go wzrokiem. - Tam... - pokazał paluszkiem, na zwiniętego w kłębek Louis's. Nicolas przymrużył oczy i podszedł bliżej, aby dokładnie mu się przyjrzeć.
Szatyn uniósł wzrok przerażony nimi dwoma i zerwał się, w celu ucieczki.
- Hola. - silna ręka mężczyzny zatrzymała go. Przymrużył oczy, próbując wyczytać coś z twarzy, niesłusznie odepchniętego przez ludzi, malca. - Przydasz nam się. Będziesz pomagał mi, w zamian za własny pokój i coś do jedzenia. - już wtedy wiedział, że zrobi z niego jednego ze swoich najlepszych ludzi. Da mu to, czego potrzebuje, w zamian za wierność i ślepe posłuszeństwo, które ukształtują jego charakter, przez który ciężko będzie dostrzec człowieka...


(...)


- Lottie! - chłopak uśmiechnął się ledwo zauważalnie, gdy wesoła blondynka zaczęła go miażdżyć swoim uściskiem.
- Ale wyrosłeś. - uśmiechnęła się, patrząc na niego. - Może nareszcie znajdziesz sobie dziewczynę... i nie będziesz najniższy w swoim towarzystwie... - parsknęła szczerym i miłym śmiechem.
- Ja... może... ale ty tylko spróbuj mieć chłopaka, a pogadamy inaczej. - powiedział surowym tonem, ale zaśmiał się. Tylko przy niej czuł się sobą. Niestety, ludzie zmieniają ludzi. Już wtedy Nicolas kształtował jego charakter, jak tylko chciał.  I już niedługo sam się o tym przekonał...


(...)


Chłopak o kamiennym wyrazie twarzy usiadł na marmurowej ławeczce stojącej przed grobem swojej siostry. Nie mówił nic. Nie musiał. Sam gest się liczył. Kilka dni temu, wszystko się zmieniło, a on obiecał sobie bycie bezwzględnym. Nie pozwoli, aby Nick i ktokolwiek inny go bił i poniżał. To on będzie dyktował zasady. I w końcu wygra. 
Zapalił kilka zniszczy na płycie nagrobnej i spojrzał na zdjęcie uśmiechniętej nastolatki. Schował twarz w dłoniach i pokręcił głową.
- Wiesz... - zaczął cicho. - Gdybym wtedy umarł, nadal być żyła... przeżyłabyś swoją pierwszą miłość, ślub, własne dzieci... jestem piep****** egoistą, że nadal żyję. - przeczesał swoje włosy. - Przepraszam cię za to... za wszystko... ale obiecuję, że gdziekolwiek bym nie był, zawsze przyjadę do ciebie w rocznicę twojej śmierci. Chociaż wtedy będę mógł pokazać, jak cię kocham siostrzyczko... - ucałował jej zdjęcie, jakby to była ona i nie radząc sobie z emocjami, wsiadł do samochodu.
Dopiero tutaj, w ciemności nocy, gdzie nie było żadnych świadków, pozwolił, aby samotna, pojedyncza łza spłynęła po jego bladym policzku. Policzku, który doznał już tak wielu krzywd...



*KONIEC RETROSPEKCJI*


Przebudziłem się, dopiero gdy poczułem, jak coś chłodnego spływa po mojej twarzy. Uchyliłem słabo jedno oko. 
Liam siedział przy małym strumyku i moczył w niej fragment moich spodni, po czym położył mi go niedbale na czole. Chłodna woda była kojąca i przyjemna.
- Oczyściłem ci ranę postrzałową, ale żeby wyjąc kulę, musiałbym mieć przynajmniej scyzoryk. - wytarł dłonie w swoją koszulkę i spojrzał na mnie. - Owinąłem to materiałem, ale nie jest on pierwszej świeżości, więc trzeba przynieść coś innego, żeby nie wdało się zakażenie. - rzucił chłodno.
- To Styles był na medycynie... nie ty... więc skąd wiesz to wszystko? - mrugałem słabo oczami, żeby przyzwyczaić się do palącego, letniego słońca. 
- Życie mnie tego nauczyło... - wzruszył ramionami i zmęczony potarł czoło.
- Co z Elizabeth? - wymamrotałem. Mówienie o niej przy kimś, kto pomagał mi ją uprowadzić było cho****** dziwne i trudne. Słowa grzęzły mi w gardle, nie chcąc ruszyć dalej.
- Za dnia i tak nic nie zdziałamy. Mogę się założyć, że już są niedaleko. - umilkł na chwilę i zaczął nasłuchiwać. Wyjął telefon komórkowy. - Fu**... - mruknął. - Oczywiście brak zasięgu... - wywrócił oczami. Dopiero teraz dostrzegłem kilkanaście fiolek leżących obok mnie.
- Po co ci to? - słabo sięgnąłem ręką odruchowo do opatrunku na nodze, przez co uderzył mnie w nią. - A to za co?
- Chcesz mieć to zakażenie jeszcze szybciej? - syknął. - Pójdę po nią w nocy, skoro jej obecność tutaj jest taka ważna. - usiadł z powrotem i uważnie zaczął czytać napisy na karteczkach przyczepionych do szkła. - Co to za nazwy, jak z kosmosu? - mruknął niezadowolony. 
- Chemia... trochę biologii... - wywróciłem oczami. - Złapią cię... sam mówisz, że wysłał już ludzi... - pokręciłem głową. 
-  A masz lepszy pomysł? - uniósł brwi. - Dawaj Sherlock'u... - prychnął. - Szczerze, uważam że to głupota i strata czasu. W tym czasie można by ruszyć du** i znaleźć wyjście z tego leśnego labiryntu, a nie wracać się po kogoś, kto nie żyje. - zacisnąłem szczękę. Czułem, jak mój puls przyśpiesza, a krew gotuje się ze złości.
- Elizabeth żyje! - uniosłem głos, a moje słowa echem rozniosły się po lesie. - Świetnie... - wymamrotałem cicho. Jeśli choć jedna osoba to usłyszała, byliśmy zgubieni. Liam spiorunował mnie wzrokiem i wstał.
- No to teraz mamy jeszcze mniej czasu... - mruknął i odbiegł. Popatrzyłem za nim zdziwiony, ale nie odezwałem się słowem. Byłem wdzięczny za to, że poszedł tam wbrew sobie. 
Czułem, jak mocno wali mi serce. Nie mogłem chodzić przez ranę, nie miałem przy sobie broni, wszystko rozmazywało mi się przed oczami, a oni w każdej chwili mogli mnie dorwać. Spojrzałem w górę. Korony drzew pięły się dumnie ku niebu, które nie posiadało ani jednej białej chmurki. Jedynie sam, niekończący się błękit. 
Zamknąłem oczy. Nie wiem, czy spałem, czy straciłem przytomność. To, że nie brałem udziały w tworzeniu rzeczywistości napełniło mnie pewnego rodzaju szczęściem.







~Liam~


Ostrożnie i cicho biegłem przez las. Doskonale zapamiętałem drogę, którą szedłem uprzednio z Louis'em. Wymijałem z uwagą wszystkie gałęzie, suche liście oraz szyszki, które mogły być źródłem jakiegokolwiek dźwięku. Nasłuchiwałem skupiony, czy w pobliżu nie słychać niczyich kroków, po czym biegłem dalej.
Ręce zgięte miałem w łokciach. Dzięki temu byłem szybszy, bardziej skupiony. Nogi rytmicznie deptały podłoże, już chcąc ujrzeć wyznaczony cel.
Jak wielka była moja ulga, kiedy moim oczom ukazał się ogromny gmach. Przymrużyłem oczy. Słońce powoli zachodziło, dając coraz mniej oświetlenia półkuli, na której się znajdowałem. Widziałem kilka osób stojących na warcie przed drzwiami i na ogromnym dziedzińcu, którego nie porastały żadne rośliny. Jedynie ogromne tuje pięły się tuż przy ogrodzeniu. I właśnie za częścią, tuż za drewnianą, starą szopą ukryłem dziewczynę. Chociaż ukrycie to dużo powiedziane. Raczej rzuciłem ją niedbale, po czym wróciłem po konającego Louis'a.
Mogłem przejść za roślinami, jednak wciąż problemem było ogrodzenie znajdujące się pod napięciem. Nerwowo podrapałem podbródek i wziąłem dość ostry ułamany patyk z ziemi. A może wystarczy po prostu kogoś nastraszyć, nie posiadając nic, co pomóc mogło w samoobronie. 
W końcu usłyszałem kroki. Przyglądnąłem się owej postaci z bliska. Szczupły, na oko 65 kilogramowy chłopaczek średniego wzrostu. A za paskiem ma broń.  Ukryłem się za krzewem i gdy znalazł się wystarczająco blisko skoczyłem na niego, powalając go. Szybko, zdecydowany, zabrałem mu pistolet, przykładając do jego skroni. 
- Odblokuj wejście. - warknąłem stanowczo, na co pokręcił głową. - Powiedziałem odblokuj. - przycisnąłem zimny metal mocniej. - Nie zawaham się, czy strzelić. - drżącą dłonią, wyjął z kieszeni klucz automatyczny, który wstrzymał przepływ prądu. 
Pokiwałem głową, po czym mocno uderzyłem go w głowę. Upadł nieprzytomny, a ja z zadowoleniem, niezauważony wszedłem na zakazaną posesję.
Powoli przemieszczałem, już widząc jej sylwetkę.

Już po chwili biegłem przez las z nową zdobyczą. Teraz bezproblemowo mogliśmy znaleźć wyjście z tego miejsca...








~Louis~


Kiedy ponownie otworzyłem oczy, poczułem jak czyjeś drobne ciało przylega do mojego. Poderwałem się słabo, czego skutkiem był mój bolesny upadek.
- Spokojnie... - rozbawiony Liam oderwał zmęczony wzrok od buteleczki. - To tylko nasz więzień... - przeniosłem swój wzrok słabo. Była tu. Cała i zdrowa. Nawet, jeśli nadal tkwiła w tym dziwnym letargu była tu. 
Czułem, jak moje serce bije szybko, jakby zaraz miało zostać wyrwane z mojej piersi. Przełknąłem ślinę i mimo chęci pobicia jej, odgarnąłem słabo jej włosy. Zacisnąłem oczy, kiedy poczułem ból. Odsunąłem się szybko, a moja dłoń uderzyła z całej siły w korę drzewa.
- Nie, żeby to była moja sprawa, ale wasza relacja jest dziwna... - chłopak uniósł brwi, obserwując uważnie moje zachowanie.
- Ja nie rozumiem co się ze mną dzieje... chcę, żeby tu była, ale kiedy ją widzę, czuję, jak ogarnia mnie wściekłość i potrzeba uderzenia jej. Nie rozumiem tego... - szepnąłem i przeczesałem dłonią włosy nerwowo.
- Mogę cię o coś spytać? - odezwał się po dłuższej chwili nieznośnej ciszy. Pokiwałem głową, odsuwając się od niej coraz bardziej. Nie mogłem jej uderzyć. Nie mogłem. - Czy ty coś... no wiesz... coś do niej... nie wiem... czujesz? - potarł podbródek, nie rozumiejąc mojego zachowania wobec niej.
- Nie wiem... - westchnąłem. - Nie umiem odczuwać. Kto miał mnie tego nauczyć? - mruknąłem niechętnie. Zwierzanie się mu, było jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakie mnie kiedykolwiek spotkały. - Ale... kiedy jest przy mnie czuję się dziwnie. Jakby czas się zatrzymał... jakby wszystko było inne, a ja wcale nie był potworem bez serca... Ja nigdy tak nie miałem, żebym kogoś nienawidził i jednocześnie... - zacząłem, ale urwałem. Pokręciłem głową i wypuściłem ze świstem powietrze. - Ja tego nie rozumiem... ale czuję, że ona mnie zmienia... że przy niej jestem innym człowiekiem... - spojrzałem na niego. - To chore...
- Dlaczego tak uważasz? To, że życie zmusiło cię do zostania tym, kim jesteś, nie oznacza iż nie możesz... cóż... się zakochać... ja sam niedawno się zaręczyłem. - spojrzałem na niego zdziwiony. - Serce nie sługa... - poklepał mnie po ramieniu. - Jeśli ci na niej zależy, zrób wszystko, aby to ujrzała... - nagle poczułem, jak coś ostrego wbija mi się w rękę. Syknąłem z bólu.
- Co ty robisz?! - warknąłem i spojrzałem, jak stróżka krwi spływa po moim ramieniu. Chłopak siedział spokojnie z kawałkiem szkła w ręce.
- Uspokój się... - to samo uczynił z ręką Elizabeth. 
- Zwariowałeś?! - próbowałem zatamować krew. I wtedy spojrzałem na nią. Ogarnęła mnie ślepa wściekłość. Uniosłem ranną rękę, aby uderzyć dziewczynę, ale Liam zmienił moje zamiary. Jednym zwinnym ciosem powalił mnie. - Człowieku, co ty wyprawiasz?! - uniosłem głos, ale byłem na tyle cicho, aby ech które czekało na dźwięki, nie uniosło moich słów zbyt daleko.
- Ratuję wam życie... - syknął i przycisnął moje ramię do ramienia Liz. Zacisnąłem z bólu, kiedy przewiązywał do materiałem. - Jeśli w waszej krwi płyną te dwie substancje... po połączeniu hemoglobiny, zredukują się choć w niewielkim stopniu, przywracając wam zdolność poprawnego funkcjonowania... - mówił to, jak jeden z tych lekarzy, których medycznej paplaniny nigdy nie potrafiłem zrozumieć. - Pozostaje nam... tylko czekać... - szepnął, a ja zacisnąłem dłonie, walcząc z samym sobą.











"Cha­rak­ter człowieka ujaw­nia się naj­wy­raźniej i naj­czyściej, kiedy człowiek zos­ta­nie od­su­nięty od swe­go codzien­ne­go otocze­nia i pos­ta­wiony przed czymś nowym."

                                           Hermann Hesse






Hej :) po raz drugi zresztą :D
Dziękuję, za każdy szczery komentarz, jaki od Was otrzymałam :) Dziękuję za wyrozumiałość i cierpliwość większości :)
Nie wiem, czemu, ale ten rozdział wydaje mi się dziwny :c cóż, to do oceny pozostawię Wam :*
Wysyłać to do wydawnictwa? :) jeśli tak, to do jakiego? :) potrzebuję Waszej rady, Misie :C
Do napisania,
Natka99<3

sobota, 30 maja 2015

23: "Wróć do mnie..."

Hej :D
Dziękuję za każdy komentarz, który zachęcał mnie do 
pisania :)
Cóż... spróbuję... dam limit... ciekawe, jak szybko go wypełnicie xd
55 komentarzy = next :3

Miłego czytania :D Polecam zjeść popcorn... mm.. pycha ^^





~ Louis ~

Oparty o niskie drewniane ogrodzenie, które miało sprawiać pozory trudnego do przebycia, odgradzało mnie od pokaźnych rozmiarów statków, które dumnie prężyły się w świetle południa. Czarne, przeciwsłoneczne okulary pozwalały zataić to, co w te chwili obserwowałem. A papierosowy dym, który jako jedyny utrzymywał mój względny spokój, skutecznie odstraszał część ludzi. 
Spojrzałem na wyświetlacz telefonu. Właśnie wybiło południe. Liam powinien już tu być, chyba że coś go zatrzymało. Nie mogłem dłużej narażać się na ekipę Nick'a, która tylko czeka, aby wbić mi nóż w plecy. Wyjąłem kartę z telefonu i rozbiłem ją. To nie przelewki. Rozumiałem co mi grozi. Muszę być szybszy od niego choćby o krok, wtedy wygram.

(...)

Dopiero wieczorem ludzi zaczęło ubywać. Jedyne, co ukazywało się w moim zasięgu wzroku to zakochane pary wtulone w siebie oraz podpici kolesie z kryzysem wieku średniego. Uniosłem wzrok na zachmurzone niebo. Pogoda diametralnie się zmieniła. Robiło się nieprzyjemnie. Cały zdrętwiałem po całodziennym oczekiwaniu.
Wściekły popatrzyłem na jakieś młode małżeństwo, które staranowało mnie, jakbym był powietrzem. A może Elizabeth też tak chce? Po prostu trzymać się za ręce i piep**** durne słowa, o których każdy w końcu zapomni? Normalność jest nudna, przeciętna. Nawet, jeśli nasze drogi przecięłyby się jeszcze kiedykolwiek ze sobą, pewnym jest, że nie zapewnię jej takiego życia, o jakim marzy każdy. Wciąż uciekam, kryję się przed światem, nie rzucam w oczy. Każdy kraj w mniejszym lub większym stopniu o mnie wie i zdaje sobie sprawę z zagrożenia, jakie niosę wraz ze sobą. Nie umiem lubić, współczuć, kochać. Bo kto mnie miał tego nauczyć? Zresztą bez tych uczuć jest lepiej, łatwiej. Mniej problemów, których i tak mam już sporo.
- Wsiadasz? - usłyszałem znajomy krzyk Brytyjczyka, który właśnie ratował mi skórę. Zaparkował pośpiesznie obok mnie, czekając aż łaskawie ruszę się z miejsca.
- Co tak długo? - mruknąłem, kiedy wjechaliśmy na autostradę. Podrapałem podbródek, myśląc o tym, w jakim stanie znajduje się Liz.
- Dostać się z zachodniego wybrzeża do Irlandii trwa cho****** długo. - powiedział zniecierpliwiony Liam. - Ciesz się, że w ogóle tu dotarłem, bo niewiele brakowało i skończylibyśmy... skończyłbyś marnie... Nick u nas był. Chciał nas przekabacić na swoją stronę. Wszyscy poparliśmy ciebie. Zaczęła się strzelanka. - pokręcił głową. - Niall'a postrzelili w ramię... nie chciał jechać do szpitala, bo wolał ratować Elizabeth. Sami wyjmowaliśmy mu kulę! - uniósł głos, jakby bezradnie chciał krzyknąć sam za siebie. Pokiwałem głową.
- Wiedziałem, że nasza grupka trzyma się razem. - założyłem ręce. - Czy udali się tam, gdzie prosiłem?
- Wątpliwe, by byli w Azji. Nick nie ma tam ani jednej siedziby, poza tym za daleko, a on woli działać szybko i konkretnie. Niall przeszukuje Nowy Jork, a Zayn próbuje kontaktować się z Rosalie... - uciął i wypuścił ze świstem powietrze. - Jednak to trudniejsze, niż myśleliśmy. Wszędzie koło tego domu kręci się policja. Kontrolują każdego z kim rozmawia. - mruknął, nie odrywając wzroku od matowego asfaltu. - Harry zmienił kurs na Europę Południową... 
- I myślisz, że tam będzie? - nerwowo zagryzłem policzek od środka. Bałem się o nią. Bałem się, bo wiedziałem z kim ma do czynienia i jak wiele jej grozi.
- Miejmy nadzieję. - Liam potarł czoło w skupieniu. - Beznadziejni z nas porywacze, skoro jeszcze nam ją uprowadzono... - zaśmiał się gorzko.
- Długo mi to będziesz wypominał? - mruknąłem. Chciałem, żeby tu była. Chciałem dotknąć jej policzka. Ale tym razem wszystko zrobiłbym inaczej. Pokazałbym jej moje wnętrze. Wnętrze niezbyt piękne, pozbawione kwiatów i radości, ale jednak byłoby to wnętrze. 
Po dłuższej chwili namysłu przeszedłem na tylne siedzenia i usnąłem, odcinając się od tej piep****** rzeczywistości.



"Szatyn leżał na kanapie w swoim salonie. Był w domu. Wspomnienia z dzieciństwa boleśnie dały o sobie znać. To był jego czuły punkt. Schował twarz w dłoniach. Był załamany. Rozbity na tysiące kawałeczków. Brązowa, przytulna kanapa stała tam, gdzie zawsze. Tak, jak ją zapamiętał. Miękki dywan, który tak kochała jego mama leżał, jak zwykle nieznacznie przekrzywiony.
- Tatio! - usłyszał pisk małego chłopczyka, który z uśmiechem przytulił się do jego nogi. Nic nie rozumiał. Kim było to dziecko?
- Will, tata jest zmęczony. - Elizabeth wyszła z kuchni i wytarła ręce w różnokolorową ścierkę. Uśmiechnęła się do Louis'a nieśmiało i wzięła dziecko na ręce. - Pomożesz mamusi w kuchni? - zmierzwiła mu włoski, na co pokiwał energicznie główką.
- Wielny gielmku... plowadź! - zaśmiał się chłopiec. 
Wtem rozległ się dzwonek do drzwi zwiastując przybycie gości.
- Kto przyszedł? - zapytał Louis i spojrzał na El pytającym wzrokiem.
- Przecież miała dzisiaj przyjść twoja siostra... - otworzyła drzwi, a do środka weszła Lottie.
- Ale się za tobą stęskniłam braciszku! - pisnęła wesoło i rzuciła się na zdezorientowanego szatyna. Właśnie przytulał kogoś, kto nie żył. Nie wiedział, co to był za świat, ale mógł w nim żyć już na zawsze.
Nagle do środka wtargnęli zamaskowani mężczyźni. Rozbili szyby, wyciągnęli broń. Louis już wiedział, co ma zrobić. Złapał szybko Lotts, która bawiła się z małym i wepchnął ich do spiżarni, aby przeczekali to.
- Louis! - usłyszał pisk Elizabeth. Zapomniał. Zapomniał o niej. Wybiegł do salonu, właściwie tylko po to, by zobaczyć, jak Nicolas trzyma ją, przykładając pistolet to jej skroni. 
- Ja zawsze wygrywam. - zaśmiał się szyderczo i przycisnął broń, jeszcze bardziej zdecydowany co do tego, co za chwilę miał uczynić.
- Louis... - szatynka szlochała bezradnie. Ale nie miała mu za złe tego, że o niej zapomniał. Uchronił siostrę, która była dla niego jedyną bliską rodziną, uchronił dziecko. Była pewna, że są bezpieczni, że Louis da sobie radę. Wiedziała, że nigdy nic dla niego nie znaczyła. A jednak, kiedy jej się oświadczał wypowiedziała: "tak". I mimo tego, że prawie w ogóle nie był w domu i traktował ją i dziecko, jak powietrze, starała się być szczęśliwą. Cieszyć każdym dniem. 
Dlaczego teraz, roztrzęsiona i zapłakana uśmiechnęła się do niego niewinnym uśmiechem, a huk wystrzału z broni przeszył powietrze. Jej wzrok zmętniał, a ciało upadło na podłogę. Umarła od razu. Nie miała nawet cienia szansy na przeżycie. 
- Elizabeth! - krzyknął Louis i podbiegł do niej, desperacko próbując przywrócić ją do życia. Jakby wcale nie odeszła, a jedynie zapadła w szczęśliwy sen. Niestety, było już za późno...



- Elizabeth! - krzyknąłem, zrywając się zlany potem. Nie wiedziałem, który świat wolałem: ten bez Lottie, czy ten bez Elizabeth. 

"Louis, wróć. Twoja siostra nie żyje już od tak dawna. A Liz, tak." - w tym momencie zapałałem niewyjaśnioną nienawiścią do samego siebie. Jak mogłem do tego dopuścić?!
- W porządku, stary? - Liam zatrzymał się na poboczu i spojrzał na mnie z niezrozumieniem, ale i współczuciem. Pokręciłem głową i potarłem twarz dłońmi. Dawniej byłem przekonany, że gdybym mógł uratowałbym Lottie, nawet jeśli miałbym do wyboru między nią, a jakąkolwiek inną dziewczyną... a teraz? Teraz czuję, że bez El moje życie byłoby do niczego. Dlatego znajdę Nick'a i odbiorę mu Elizabeth. I dopilnuję, by zawsze była szczęśliwa. Nigdy je nie odepchnę. 
- Znajdziemy ją... - poklepał moje ramię, dodając braterskiej otuchy, po czym ruszył dalej, zagłębiając się coraz bardziej w nieprzeniknioną ciemność nocy.







~ Elizabeth ~ 

Patrzyłam na mężczyznę zdziwiona i wystraszona. 
- Czego pan ode mnie chce? - spytałam w końcu, podkulając nogi pod brodę. Podszedł bliżej i złapał mnie za szyję. Nerwowo próbowałam łapać powietrze, którego z każdą bolesną sekundą było coraz mniej.
- Nie odzywaj się, dzi***. - warknął i przyparł mnie do ściany. Zaczęłam się wyrywać. Łzy bezradności płynęły po moich policzkach. Tak bardzo pragnęłam, żeby ktokolwiek mnie do siebie przytulił i powiedział, że wszystko będzie dobrze. Że nic złego mi się nie stanie, a to wszystko to jeden, nieudany sen. 
Zacisnęłam oczy przerażona tym, że lada chwila zginę. Chciałam jeszcze zobaczyć Niall'a, Rose, a nawet Louis'a. Tyle miał mi jeszcze wyjaśnić. Ostatnimi czasy otworzył się przede mną, pozwolił dostrzec choć część kogoś innego. Kogoś, kogo nie można ujrzeć na zewnątrz. Kogoś, kto zbłądził i nie wie, jak wrócić na dobrą drogę.
- Nie ruszaj się, to nic nie poczujesz... - mruknął mi na ucho i przystawił igłę do mojej szyi. Pokręciłam szybko głową, czując jej metaliczny chłód. Pisnęłam przerażona, kiedy z całej siły uderzył mnie w głowę. 
Nim zdążyłam jakkolwiek zareagować wbił mi ją, wraz z płynem, który zawierała. Poczułam, jak dociera on do moich żył. Mrugałam coraz leniwiej, wkładając w to więcej wysiłku niż normalnie.
- Czy ja umieram? - spytałam słabo, czując jak tracę czucie w kończynach. Obraz przed moimi oczami było rozmazany i zniekształcony. 
- Zapadasz w długi, długi sen... sen bez końca. - mruknął zadowolony z faktu, że to co mi zaaplikował, działa jak należy. Chciałam krzyczeć, błagać o pomoc, ale byłam niezdolna do wypowiedzenia czegokolwiek. Pragnęłam wybiec stąd. Drzwi były otwarte, a on specjalnie ustawił się tak, żeby mnie przepuścić. Jednocześnie dawał i odbierał mi wolność, której nigdy prawdziwie nie zaznałam. 
- Dobranoc, kotku. - powiedział kąśliwie, po czym wyszedł zamykając drzwi, będące moją jedyną deską ratunku. Patrzyłam na nie, walcząc z nieodpartą potrzebą snu. I tą walkę przegrałam...







~ Rose ~

Właśnie wracałam z parku z Carrie i Sophie, gdy ujrzałam znajomego mulata opartego o samochód po drugiej stronie ulicy. Zmarszczyłam brwi, nie rozumiejąc co może go sprawdzać w te strony. Ostatnim razem mnie odrzucił. Oddał dla pieniędzy. Rozkochał w sobie i zostawił samą, jak palec w tym okrutnym świecie. 
- Carrie, czy możecie odciągnąć stąd policjantów? - szepnęłam, widząc jak podchodzi do mnie. - Muszę... z kimś porozmawiać... - po tych słowach dziewczyny pokiwały głowami i podeszły do policjantów. 
- Witaj. - chłopak nachylił się nade mną i popatrzył mi w oczy. 
- Zostawiłeś mnie. - powiedziałam oschłym tonem. Tak naprawdę tylko grałam złość do niego. Gdzieś w środku skakałam z radości. Jest tu. Stoi przede mną, nieskazitelny, jak zazwyczaj.
- Nie miałem wyboru! - wysyczał przez zaciśnięte zęby i rozglądnął się. Wiedział, że jest tu pełno nieprzyjaznych mu ludzi, a jednak zaryzykował.
- Zawsze jest wybór... - powiedziałam z bólem. Objął mnie w talii i przyciągnął mnie do siebie. 
- Posłuchaj mnie uważnie... nie mamy wiele czasu, zanim oni tu przyjdą... - szeptał mi na ucho pośpiesznie, nerwowo.  - Nicolas porwał nam Elizabeth. Została nas piątka, ich jest setki. Potrzebujemy cię, jak nikogo innego. Musimy ją odnaleźć, zanim ją zabije. - powiedział szybko.
- Przecież... przecież Elizabeth nie... - głos mi się załamał. Pokręcił szybko głową, jakby to co właśnie powiedziałam było zwykłym absurdem.
- Żyje... cały czas była i jest żywa... ale ile jeszcze pobędzie przy tym człowieku nie wiadomo... teraz każda sekunda się liczy, rozumiesz? Musisz pojechać ze mną... - potarł podbródek, widząc, jak mężczyźni są coraz bliżej.
- Pojadę... - szepnęłam.
- Świetnie... za 10 minut, w tym samochodzie. - musnął moje wargi i odszedł, skręcając gdzieś tak, że zniknął z mojego pola widzenia.
- Kto to był, proszę pani? - spytał podejrzliwie inspektor. 
- Mój chłopak... - powiedziałam spokojnie. Mówiłam prawdę. A to, że ta prawda zawiera całą bombę wybuchową gorszych rzeczy, wolałam zachować dla siebie. - Wyjeżdżam z nim na jakiś czas... muszę odreagować porwanie... - uśmiechnęłam się.
- To nie jest dobry pomysł. - zaprotestował, ale nie słuchałam go, już siedząc w samochodzie.
- Będę miała przez ciebie kłopoty. - westchnęłam, spoglądając na Zayn'a, który odjechał z piskiem opon.
- Już je masz... - odparł i spojrzał na mnie. - Przecież o tym wiesz...







~ Louis ~

Tej nocy nie zmrużyłem już więcej oka. Wiedziałem, że przyśni mi się Elizabeth, a nie byłem w stanie po raz kolejny obserwować jej śmierci. Mimo tego, jak Liam mnie uspokajał, że wszystko z nią w porządku, że on jej nie zabije, jednak z upływem kolejnych cennych minut, coraz bardziej wątpiłem w jego słowa. 
Zmęczony, oparty o szybę patrzyłem na zmieniające się widoki za oknem.
- Jesteśmy we Francji... za niedługo dojedziemy na Lazurowe Wybrzeże... - poinformował mnie Liam, na co pokiwałem głową. To, że tam będziemy, nie znaczy, że Elizabeth również. Gdyby porwali mi kogokolwiek innego, wisiałoby mi co z nim uczynią. Ale przy tej rozbitej wewnętrznie szatynce nie chodzi mi już o te pieniądze. I tak dostaliśmy ich sporo przez okup wpłacony za jej siostrę. 
- Patrz! - moje rozmyślania przerwał Liam, wskazując na znajomego mężczyznę. 
- To jest goryl Nick'a? - przymrużyłem oczy, nie rozpoznając istotnych szczegółów. Dopiero jego gangsterski tatuaż, który posiadał na ciele każdy z nas rozwiał moje wątpliwości. Rozmawiał z kimś oschle, bacznie rozglądając się, jakby wiedząc, że widzieliśmy każdy jego ruch.
- Jedziemy za nim? - Liam nie odrywał od niego wzroku, jakby bał się, że nam ucieknie wraz z możliwością znalezienia panienki Carter. 
- Pewnie. Co mamy do stracenia? - wzruszyłem ramionami. Kiedy Carl wsiadł do swojej terenówki ruszyliśmy w pościg za nim. Jechaliśmy dość długo, a z upływem czasu moja niecierpliwość wzrastała. Na samą myśl, że zobaczę Elizabeth, coś sprawiało, że nie mogłem usiedzieć w miejscu.
Zatrzymaliśmy się w ukryciu i szybko, ale cicho wyszliśmy z samochodu. Kiwnąłem głową Liam'owi, po czym ruszyliśmy przez las w poszukiwaniu miejsca, które miało nas zaprowadzić do celu naszej podróży.

Naszym oczom ukazał się pokaźnych rozmiarów budynek, przypominający dawne dworki, jednak tak zmodernizowany, że wyglądem przypominał pomniejszone nowojorskie biurowce. Wysokie ogrodzenie piętrzyło się przed nami, dzieląc od posiadłości.
- Jak się tam dostaniemy? - spytałem i przyłożyłem ucho, tylko po to, aby moje obawy się potwierdziły. - Napięcie elektryczne. A to skur*****. - mruknąłem i przez przypadek kopnąłem kamień prosto na nie. 
- Albo jego pozory... - popchnął bramę, która bez problemu ustąpiła. Zmarszczyłem czoło. Coś mi tutaj nie grało. To było zbyt proste. Nick nie jest człowiekiem, który ustępuje bez walki. 
- To podstęp. - powiedziałem po chwili, słysząc czyjeś kroki. Brunet nie zdążył odpowiedzieć, ponieważ jednym mocnym uderzeniem w głowę został ogłuszony. Nie musiałem długo czekać, aż twardy przedmiot zetknął się z moją czaszką i powalił mnie na dobrze ubitą, niczym nie porośniętą glębę.

Nie wiem, ile czasu minęło, ale świadomość odzyskałem dopiero w momencie wrzucenia do niewielkiej, wysokiej celi. Zamrugałem kilkakrotnie oczami, aby wyostrzyć wzrok. Dopiero wtedy rozejrzałem się po klaustrofobicznym pomieszczeniu. Wysokie, szare ściany bez okien, spróchniała, drewniana podłoga, od której wręcz czuć było nadmierną wilgoć i ona leżąca bezwładnie.

Nasze ciała zajmowały całą przestrzeń. Nie było tu miejsca na nikogo więcej, chyba że umiałby latać.
- Elizabeth? - spytałem zachrypniętym głosem i związanymi nogami szturchnąłem ją lekko. Zero odzewu. Zmarszczyłem czoło i przekręciłem się tak, że patrzyłem jej w twarz. - Czas wstawać... - powiedziałem głośniej, nie rozumiejąc dlaczego wciąż śpi. - Elizabeth! - krzyknąłem zniecierpliwiony, jednak i to nie dało oczekiwanego efektu. Zdenerwowało mnie jej nieposłuszeństwo i pewnie gdyby nie fakt, że leżałem tu związany, niczym indyk na Święto Dziękczynienia, dawno bym ją uderzył. Nie panowałem nad sobą, taka prawda.
Usłyszałem, jak ktoś przekręca zamek w drzwiach i wchodzi do środka. Było zbyt ciasno, abym mógł się obrócić, ale byłem prawie pewny, że to Nick. I nie myliłem się...
- Nie sądziłem, że naprawdę jesteś tak dziecinnie naiwny. - prychnął mężczyzna i spojrzał na mnie rozbawiony. - A wszystko przez jedną małolatę. - kopnął mnie w sam środek kręgosłupa, na co syknąłem z bólu, który rozszedł się wzdłuż całych pleców. - A wiesz, co w tym wszystkim najlepsze? Że ona już się nie obudzi. Po dawce, którą jej zaaplikowałem... - prychnął i wyszedł, zatrzaskując drzwi. Zmarszczyłem czoło i spojrzałem na spokojną twarz nastolatki. Wyglądała tak spokojnie, niewinnie... jakby właśnie miała jakiś przyjemny sen...
Zacisnąłem oczy. Byłem tu dla niej, a jej jakoby już tu nie było.
Westchnąłem i delikatnie ucałowałem jej podbródek, czoło, nosek, kość policzkową, skroń, a na końcu usta.
 - Wróć do mnie... - szepnąłem błagalnie. - Bez ciebie jestem nikim... ba! nie istnieję bez ciebie...  jesteś częścią mnie... potrzebuję cię... jak nikt inny... - westchnąłem i schowałem twarz w zagłębieniu jej szyi.










"Kto jest tym mężczyzną, który trzyma twoją dłoń?
I mówi o twoich oczach?
Śpiewał, o byciu wolnym,
Ale teraz zmienił zdanie"

                                      One Direction - "Stockholm Syndrome"






Kochani! :D Jestem z Was dumna :') wybiło te pisiont komentarzy :] uwielbiam Was :** jak to moja przyjaciółka mówi: "loffki, siski, foreverki" ^^
Cóż... będę szczera... ten rozdział jest beznadziejny... nie oszukujmy się, miał wyjść genialnie, a powstało takie coś, co w żadnym calu, oprócz ostatnich linijek mi się nie podoba, więc zrozumiem, jeśli Wam też :)
Cóż... rozdział dodaję z nietypowej przyczyny, otóż dlatego, że kiedy tylko wybiło 50 komentarzy, tata cały czas mówi, żebym dodała rozdział :D nie mogę go zawieść haha :D wybaczcie, że tym razem nie wybiorę najlepszego komentarza pod rozdziałem, ale jest dość późno i szczerze to mam dość ślęczenia przed komputerem tyle, mam nadzieję, że mnie zrozumiecie xd


Czy tylko mnie powala i rozśmiesza to zdjęcie? :d nie no zawsze mnie to śmieszy xd a do tego ten aktor ^^ kiedyś sobie to oglądnę... nie dziś, nie jutro, ale kiedyś xd tylko ze względu na niego haha :D
To by było na tyle :) czekam na Wasze opinie :) Dobrej nocy, słodkich Louiskowych (i Stigowych - dla Ani :P) snów :*
Do napisania,
Natka99<3

środa, 29 kwietnia 2015

22: "Boisz się, że nigdy nie odwzajemni twoich uczuć"

 Hejo :D Wyjątkowo dodaję rozdział w środku tygodnia :)
Ale pod tamtym był limit 45, a jest bodajże 27...
Tak, że ten z racji rozdziału proszę 0 50 komentarzy :P
Nie dacie rady, wiem xd ale chcę Was sprawdzić :*

Miłego czytania^^




Po chwili odsunęłam się od niego zażenowana. To, co w tej chwili robiliśmy było złe i nieodpowiedzialne. Nie powinien mnie całować... w ogóle nie powinien był tego mówić. Jest złym człowiekiem, nie zdolnym do uczuć! Wcześniej bezkarnie mnie bił, a teraz? Tak po prostu liczy, że nagle zapomnę o tym wszystkim? Że ulegnę temu, jak bardzo jest idealny? Przecież wygląd to tylko część człowieka... część, która tak szybko przemija. Kierując się tylko i wyłącznie tym, co na zewnątrz zajdziemy donikąd. Przecież, gdybym nie wiedziała, że Louis jest od stóp do głów naszpikowany negatywnymi cechami, powiedziałabym, że to normalny, młody, zarabiający na swoje utrzymanie mężczyzna... cóż... on naprawdę na siebie zarabia... jednak w dość nietuzinkowy sposób.
- Co jest? - mruknął i przysunął mnie tak, jakby potrzebował czuć moje usta. Zmarszczyłam czoło i odsunęłam się. Chyba nie zadowoliła go moja reakcja. Jego tęczówki pociemniały. Nie były już takie puste, jak zwykle. Był wściekły. I widać to było w środku oraz na zewnątrz. 
- Puść mnie... - wymamrotałam i odsunęłam się od niego jeszcze bardziej, wyrywając z dość intymnego uścisku. Kiedy stałam o własnych siłach poczułam niemałą ulgę. Nie mógł robić ze mnie idiotki. Robota, który posłusznie, bez namysłu wykonywał, co tylko chciał jego "pan".
- A więc znowu wkraczamy na ścieżkę wojenną? Świetnie! - syknął i mocno chwycił moje ramię. Skrzywiłam się z bólu, jaki zadał mi jego uścisk. Czemu był taki... ordynarny? Nieliczący się z innymi? Myślący tylko i wyłącznie o tym, co będzie dla niego najlepsze? Egoista, jakich mało. 

Popatrzyłam się przed siebie. Słońce dawno kryło się za horyzontem, a na niebie królował Księżyc, nadający wszystkiemu tajemniczą, srebrną poświatę. W Irlandii było ciepło, wręcz parno i nadzwyczaj spokojnie. Niczym niezmącona cisza omiatała wszystko dookoła. Co jakiś czas, po brukowanej ścieżce leniwie przetoczył się listek, gnany przez wiatr, który zapewne pragnął ożywić wszystko dookoła. Z marnym skutkiem, oczywiście. Gdzieś w dali słychać było rozmowy podpitych nastolatków wracających do domów, po kolejnej, udanej imprezie. Lampa migała co chwila, kończąc swój żywot. Pewnie za kilka dni zostanie wymieniona na nową. Przecież wszystko da się zamienić. Mówimy: "on był nie zastąpiony", a już następnego dnia zapominamy, podziwiając kogoś innego. Niestety, tak skonstruowany jest ten świat. I można biernie się z tym pogodzić. Wygodnicko czekać, aż i nas zastąpią, lub robić wszystko, aby inni zachwycali się nami, długo po naszym odejściu do innego świata.

Jedyne, co poddawało mnie w wątpliwość był mężczyzna stojący przy wejściu na cmentarz. Postawny, umięśniony. Włosy zgolone miał niemalże na łyso, oko podbite. Szara koszulka z krótkim rękawem opinała jego zapewne długo wyrabianą rzeźbę. Przymrużył oczy, patrząc na mnie przenikliwie, a potem odszedł, jak gdyby nigdy nic.
- Słuchasz mnie?! - warknął zniecierpliwiony Louis i popchnął mnie tak, że plecami uderzyłam w kant marmurowego nagrobka. Był zły, ponieważ nie spełniłam jego oczekiwań? Bo nie rzuciłam mu się w ramiona, niczym kolejna głupia dziewucha? 
- Tam ktoś był... - szepnęłam się. Szatyn odwrócił się i rozejrzał dokładnie. - Piep***** głupoty! - prychnął i kopnął mnie mocno. - A wiesz, co jest najlepsze? Że twoi rodzice zapłacili okup za Rose, a ciebie mają w du***! Do końca swojego nędznego życia zgnijesz ze mną, czy ci się to podoba, czy nie! - szarpnął mnie za rękę, zmuszając tym samym do wstania.
- To nieprawda... kłamiesz... - wydusiłam słabo, a pojedyncza łza spłynęła mi po policzku. - Oni by mnie nie zostawili samej... nie zostawili... - wybuchłam głośnym i żałosnym płaczem, na co tylko wywrócił oczami i pociągnął mnie w kierunku samochodu. - Dziwnie tu pachnie... - szepnęłam, kiedy wsiedliśmy do samochodu. - Jakby... - po raz kolejny w moim życiu zdążył mi przerwać.
- Słuchaj... ustalmy sobie jedno. - wywrócił oczami. - To nie koncert życzeń. Jesteś teraz niczym. Martwym punktem, który za niedługo zostanie zmazany... - zamyślony podrapał się po swoim podbródku. - Więc wisi mi to, jak tu pachnie, jak pachnie na zewnątrz. Twoje zdanie nie zmieni niczego. - wzruszył ramionami. - Więc daruj sobie, bo tylko się ośmieszasz... - spuściłam wzrok urażona. Nie chce mojej opinii, to nie, ale ja nie zamierzam zginąć.
- Śmierdzi benzyną. Jakby się wylała. - mruknęłam i więcej nie miałam zamiaru się przy nim odzywać. Niech radzi sobie sam. Prychnął z politowaniem, ale szyderczy uśmiech zniknął z jego twarzy, kiedy ujrzał jasny błysk, a następnie całe auto stanęło w płomieniach. 

Przerażona widziałam, jak kilku mężczyzn zaczęło uciekać. Louis próbował otworzyć drzwi, ale wszystkie były... jakby zaklejone? Byliśmy w pułapce. Duszący dym wdzierał się do środka przez każdą wolną szczelinę, sprawiając, że powietrza zdatnego do oddychania, z każdą chwilą było coraz mniej. Teraz o tym, czy przeżyjemy decydowały ułamki sekund.
- Zatkaj usta. - powiedział szybko Louis i przyłożył do moich ust kawałek materiału nasączonego wodą mineralną. Głowa bolała mnie od nadmiaru szkodliwych substancji, a świadomość i możliwość myślenia, opuszczały mnie coraz szybciej. Z naszych ciał nieprzerwanie lały się strużki potu. Nie wiem, jaka w samochodzie rozgrzanym przez ogień musiała być temperatura, ale niczego nie dało się dotknąć, aby nie zostać poparzonym. Louis nerowo wziął pistolet i zaczął strzelać w dach. Skoro nie da się wyjść dołem, to może choć górą. Po chwili w całym samochodzie zrobiło się szaro od dymu. Oczy piekły mnie i jego. Co chwila nerwowo je pocierałam, łzawiąc. Nigdy nie sądziłam, że dym aż tak bardzo szczypie i piecze.
 W końcu udało mu się. Wyważył blachę i wyszedł na dach. Krzyknął z bólu, kiedy ognisty język muskał jego skórę. Pośpiesznie podał mi ręce i wyciągnął na dach. Ognień rozprzestrzeniał się w zastraszająco szybkim tempie, jednak nie było nikogo, kto zareagowałby na zagrożenie. 
- Na trzy skaczemy... - krzyknął, gdy ogień pokrył niemalże cały dach. Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo nim zorientowałam się leżałam pod nim. Nasze osmolone i spocone ciała stykały się ze sobą. Patrzył na mnie z uczuciem ogromnej ulgi. Mimo, że na dworze nadal było gorąco, wystarczało, by zawiał zefirek i od razu robiło się przyjemniej.
- Kto to zrobił? Kto byłby zdolny do czegoś takiego? - szepnęłam przerażona. Oboje nie zauważyliśmy tego, że ktoś ugasił ogień. Tak nagle? Jakby tylko czekał na naszą śmierć... ale po co komuś nasza śmierć?
Bujne, nieskoszone rośliny, mimo że normalnie w dotyku wydawałyby się miękkie, teraz tylko raniły nasze ręce, brzuchy.
- Nicolas Gordon. Jeśli on tu jest, nie ma ani cienia szansy na to, że oboje przeżyjemy. - mruknął cicho Louis do mojego ucha. - Musimy uciekać... ja muszę... przed własnym gangiem... teraz porywam cię na własną rękę... na własnych zasadach... jeśli myślałaś, że ten ogień był niebezpieczny, mylisz się... czekają nas rzeczy znacznie gorsze... a to tylko początek... - ucałował moją poparzoną szyję i podał rękę. Wstał z ziemi bacznie się rozglądając. - Oni tu są... to pewne... Chodź... - z zimną krwią i twarzą, niewyrażającą żadnych uczuć uporczywie próbował się gdzieś dodzwonić. Uniósł brwi, patrząc na sklep z motocyklami. - Co powiesz na przejażdżkę? - spytał, ale nie oczekiwał odpowiedzi. Obszedł budynek dookoła, zaglądnął na chwilę przez szyby i uśmiechnął się z triumfem. 
- Masz zamiar to ukraść? - pokręciłam głową z dezaprobatą, po czym usiadłam na chodniku i przyglądałam mu się zaciekawiona. Nawet z czerwoną szramą zdobiącą jego policzek wyglądał idealnie. Nie rozumiem, jak on to robi. Niektórzy ludzie chyba po prostu mają w genach to, że niezależnie od sytuacji muszą wyglądać, jak bóstwa. A Louis Tomlinson na moje nieszczęście się do nich zalicza. Podszedł do mnie i zmierzył wzrokiem. Zwinnym ruchem wyciągnął z moich włosów wsuwkę, przez co kosmyk niesfornych włosów opadł mi na oczy. Uśmiechnął się pod nosem na ten widok i zaczął ją wyginać tak, aby spełniała rolę klucza. 
- Takie rzeczy udają się tylko na filmach... - mruknęłam i bawiłam się skrawkiem mojej koszulki. Cała moja i jego skóra pokryta była ciemnoczerwonymi plamami... jego miejscami była aż brązowa.
- Jeśli włamywało się do setek sklepów i mieszkań, uwierz... wystarczy wsuwka... - nacisnął klamkę, a drzwi ustąpiły. Podszedł do półki z kluczykami i wziął jeden. Już po chwili wyjechał nowiutkim, czarnym motorem z pomieszczenia. Na koniec zamknął wszystko tak, jak było na początku i podał mi dłoń.
- Jakim cudem, wszystko uchodzi ci płazem? - pokręciłam głową i usiadłam za nim niechętnie, delikatnie go obejmując.
- Po prostu jestem Louis Tomlinson. - powiedział szczerze rozbawiony, ruszając z piskiem opon.








~Louis~

Nad ranem dojechaliśmy do domu mojego znajomego. Mimo, że jestem ścigany wpuścił mnie i bacznie przyglądał się spokojnie śpiącej na moich rękach, Elizabeth.
- A, więc mówisz, że Nick się mści? Przecież nie ma żadnego powodu ku temu... - skonsternowany Josh pokręcił głową zamyślony. - Likwidowanie swoich najlepszych ludzi, nic mu nie da... - zaspany pił kawę, słuchając mnie w zamyśleniu.
- Da. Jest zły, że zabiłem Frank'a. - mruknąłem, turlając jabłko. Musiałem tu przeczekać jakiś czas. Podjąć decyzję, dokąd się udać. Nie mogłem wiecznie uciekać. Nie miałem na to ani czasu, ani cierpliwości.
- A ona? Elizabeth? - upewnił się, za nim zapytał o cokolwiek innego.
- Carter... - powiedziałem surowo. - Łapy od niej precz. Nie waż się jej dotknąć lub chociażby rozmawiać z nią. - warknąłem. Niech nie myśli sobie, że wszystko mu wolno. 
- Czyżbyś się zakochał, Tomlinson, w jakiejś zadufanej w sobie małolacie, jak to mawiałeś? - rozbawiony założył ręce, czekając na moją odpowiedź. Wystawiłem mu środkowego palca i wyszedłem z kuchni, rzucając w niego jabłkiem. Nie nazwałbym tego miłością... prędzej... fascynacją... zresztą niech każdy określa to sobie, jak chce, wisi mi to. Wyszedłem na ogród i usiadłem na dużym tarasie. Skupiony zapaliłem swojego Malboro i popatrzyłem w niebo. 

Wszystko uległo zmianie. Oprócz chłopaków, którzy od początku są podporządkowani tylko mi, nie mam już na kogo liczyć. Owszem, życie nauczyło mnie radzić sobie samemu, ale w tym wypadku było to trudne. Zupełnie, jakby każdy chciał mnie załatwić na własną rękę. 
- Boisz się, że zrobią jej krzywdę, prawda? - spytał w końcu i usiadł obok mnie. - Boisz się, że ktoś ci ją odbierze.
- Nie. - uciąłem szybko. Niech przestanie zadawać te cho****** głupie pytania!
- Boisz się, że o tobie zapomni. - nie musiał już nawet pytać?! Tak bardzo był pewny swoich "genialnych" wniosków?!
- Nie. - powtórzyłem wściekły. Jak sam nie zamknie tej pewnej siebie mordy, ja to zrobię!
- Boisz się, że nigdy nie odwzajemni twoich uczuć. - pokiwał głową. Ostatnie stwierdzenie wydało mu się chyba najbardziej oczywiste.
- Przestań, bo tracę cierpliwość! Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! - krzyknąłem, chcąc, aby wreszcie siedział cicho. Popatrzył na mnie przenikliwie i uniósł brwi. - Nie, nie... - mówiłem już ciszej i kręciłem głową. - Tak... - westchnąłem w końcu zrezygnowany. Zawsze dopinał swego. Zawsze. Uśmiechnął się z satysfakcją.
- Więc zrób wszystko, aby ona mogła powiedzieć to samo. - rzucił na odchodnym.

Zostałem sam, a w mojej głowie zrodziło się nowe postanowienie, którego będę się trzymać. Zrobić wszystko, aby Elizabeth mnie pokochała...







~Elizabeth~

Obudziłam się obolała. Czułam się, jakby ktoś polewał moje ciało kwasem. Ból jaki sprawiała mi każda rana po oparzeniu był nie do opisania. Raz było mi zimno, a raz gorąco. Trzęsłam się, zlana potem. Rozglądnęłam się po pokoju. Nie ujrzałam wiele. Ciemność spowijała praktycznie wszystko. 
Nie wiedziałam, gdzie jestem, dlaczego tu jestem oraz jak się tu znalazłam. Stęknęłam tylko cicho z bólu. Nie wiem, dlaczego... cały czas miałam wrażenie, że ktoś jest w tym pomieszczeniu i mnie obserwuje. Może to tylko niemiłe złudzenie?
Usiadłam słabo i chciałam wstać, jednak ktoś przygwoździł mnie do kanapy. Chciałam krzyknąć, ale czyjaś ogromna ręka zatkała mi usta. Wybuchłam płaczem wystraszona, kiedy zawiązano mi oczy, ręce, nogi i usta, a następnie wrzucono do jakiegoś pojazdu. Nie rozumiałam, co się działo. To sprawka Louis'a? To ten moment, kiedy nadchodzi mój koniec? Teraz zabije mnie i będzie po sprawie? Nie będzie musiał zawracać sobie głowy kimś tak nieważnym. W końcu dostał swój okup za Rosalie, a tyle pieniędzy w zupełności mu wystarczy.
Słyszałam cichą, szybką rozmowę. Czułam się, jak kompletna idiotka. Nie potrafiłam wyłapać ani jednego słowa. Każda myśl zaczynała mi się mącić, aż w końcu zlały się w jednolitą całość, a ja przestałam kontaktować.




*RETROSPEKCJA*  

"- Niall... mnie to przerasta... - szatynka płakała niewinnie. Czemu tak często musiała cierpieć? - Ja już nic nie rozumiem... jacyś dziwni mężczyźni za mną chodzą, próbując zabić... - ucięła, nie potrafiąc ubrać myśli w słowa.
- Nie bój się, księżniczko... ja cie obronię... - szepnął zaniepokojony blondyn i mocno przytulił ją do siebie, kołysząc uspokajająco.
- Boję się... - płakała cicho, nie mogąc się uspokoić.
- Hm... - chłopak namyślił się chwilę i spojrzał na nią z cwaniackim uśmieszkiem, po czym skoczył na równe nogi. - Pomyśl, że to są gangsterzy, którzy porywają cię, bo jeden się w tobie zakochał... jednak jego mroczna przeszłość i teraźniejszość wygrywają, przez co zamiast okazywać ci swe nieokiełznane uczucia, zadają ci kolejne ciosy! - starał się utrzymywać choć pozory powagi. Udał, że w ręce trzyma pistolet i strzela w nią. Parsknęła śmiechem. Zawsze potrafił ją rozbawić. Był niesamowitym człowiekiem i przypominała sobie o tym każdego kolejnego dnia. - Daj mi skończyć! - zaśmiał się uroczo i skoczył na łóżko. - Ale wiesz... pewno dnia Niall - hero ratuje cię z opresji, a ty z wdzięczności rzucasz mu się na szyję i wyznajesz miłość... - podłożył ręce pod głowę.
- Co proszę? - rozbawiona założyła ręce.
- Powiedziałem... um... wyznajesz miłość? Chodzi mi przyjaźń... przyjaźń... - powtórzył zawstydzony i podrapał się w kark. Pokręciła głową rozbawiona. - W każdym razie... - wystawił jej język. - Cokolwiek by się nie działo... zawsze cię uratuję... przecież od tego są przyjaciele, prawda? - uśmiechnął się i przytulił ją z troską. - Zawsze... - szepnął zamyślony..."

*KONIEC RETROSPEKCJI*


~Louis~

Rano zszedłem na dół i zmarszczyłem brwi. 
- Josh, gdzie Elizabeth? Josh? - krzyknąłem, żeby mnie usłyszał. Nie było jej w salonie, na zewnątrz. Zupełnie, jakby rozpłynęła się w powietrzu.
- Wybacz, Louis. Każdy musi radzić sobie sam. - Josh w towarzystwie, tak dobrze znanego mi mężczyzny wyszedł z kuchni.
- Witaj, Tomlinson. Znów się spotykamy. 3:1. Wygrywam. - powiedział z kpiną, przez co od razu miałem ochotę się na niego rzucić.
- Nick! - syknąłem. - Gdzie Elizabeth?! - wściekły zmierzałem w jego kierunku, ale dwóch goryli uniemożliwiło mi to. O, nie. Historia sprzed lat znowu się powtarza. Jeśli ją zabije... przecież ja... przecież ona... - Nick! Gdzie Elizabeth! - krzyczałem wściekły, próbując się wyrwać osiłkom. 
- Daleko stąd... mój drogi... - prychnął. - Wiesz... potrzebuję konika doświadczalnego... nowe metody bicia, boks, używki... przecież wszystko trzeba na kimś przetestować, nieprawdaż? - prychnął. Jeśli ktokolwiek, kiedykolwiek stwierdził, że jestem potworem, nie znał Nick'a. To człowiek bez skrupułów i jak widać ze szwankującym sumieniem.
- Nick! - krzyknąłem wściekły. - To człowiek! Nie przedmiot! - warknąłem wściekły. 
- Jesteś zbyt miękki, Tomlinson. Zbyt miękki... sam niedawno chciałeś ją zabić. Nagle zmieniłeś zdanie? - powiedział, patrząc na mnie przenikliwie. Nie odpowiedziałem zdenerwowany. - Tak myślałem... zbyt miękki. - zaśmiał się i wyszedł z domu, wraz z Josh'em i całą resztą. 

Upadłem na kolana i schowałem twarz w dłoniach. Nie mogli jej zabić. Nie pozwolę na to. Szybko wziąłem telefon i wybiegłem z domu.
- Niall... - zacząłem zdyszany, biegnąc przez las. Mogę się założyć, że powiadomili policję, że tu jestem.
- Louis? Gdzie jesteś? Wracajcie... - powiedział zdziwiony blondyn. Słyszałem, jak bierze gryza, zapewne właśnie zrobionej przez siebie kanapki.
- Niall... Nick ją porwał... - dyszałem zmachany, jednak nie mogłem się zatrzymać. - Nie ufajcie nikomu. Nie rozmawiajcie z nikim. Zostaliśmy wystawieni... Jestem w Irlandii... byłem u Josh'a... nawet od zdradził... jak mogłem być taki głupi... - jęknąłem do słuchawki. Nie radziłem sobie. Pierwszy raz nie umiałem ukryć tego, jak bardzo bolało mnie, że nie mogłem zaradzić na to, że stanie się jej krzywda. Nick nie zna umiaru. On bije, żeby zabić, nie aby dać nauczkę.
- Co?! Jak to Nick ją porwał?! - usłyszałem, jak ktoś wyrywa mu słuchawkę z ręki.
- O co chodzi? Niall wpadł w paranoje... jeść nawet nie chce. - zdziwiony Liam, czekał na odpowiedź ode mnie.
- Niech jeden z was przyleci po mnie do Larne...  będę czekał w porcie. Starajcie się nie zwracać na siebie uwagi. Zayn niech złapie kontakt z Rose, Harry niech jedzie do Azji, a Niall do Nowego Jorku... musimy znaleźć Elizabeth, zanim będzie za późno... - wydyszałem, stając w miejscu. - Nie dajcie się złapać, Liam. - powiedziałem oschle i rozłączyłem się. Znajdę ją. Muszę znaleźć...







~Elizabeth~

Nie wiem, która była godzina, kiedy się obudziłam. Wiem, że znajdowałam się w niewielkiej komórce bez okien. Jeśli chciałabym się położyć na podłodze, pewnie przeliczyłabym się. Całe pomieszczenie, owszem, było dość wysokie, ale niestety bardzo wąskie i niekomfortowe. 
Oparłam głowę o zimną ścianę, by choć trochę pozbyć się niemiłego pulsowania, które wraz z upływem czasu, nie mijało. Patrzyłam pusto przed siebie. Dlaczego mi to zrobił? Znowu? Przecież myślałam, że mimo zmiennego zachowania Louis'a, zacznie mnie traktować jakoś lepiej? Jak człowieka? Żywą istotę?
Wtem drzwi otworzyły się, a do środka wszedł przystojny mężczyzna. Miałam dziwne wrażenie, że gdzieś już go widziałam, jednak nie byłam w stanie przypomnieć sobie, skąd.
- Jeśli myślałaś, że Louis był potworem... - zaczął oschłym tonem. - To źle definiowałaś to słowo... witaj w swoim największym koszmarze... - syknął i podszedł bliżej mnie.











"Rzeczy, które widzi­my [...] to te sa­me rzeczy, które is­tnieją w nas. I nie ma żad­nej in­nej rzeczy­wis­tości prócz tej, jaką ma­my w so­bie. Dla­tego też większość ludzi żyje tak niereal­nie, po­nieważ zewnętrzne ob­ra­zy uważają za rzeczy­wis­tość, a swe­go włas­ne­go świata wca­le nie do­puszczają do głosu. Można być wte­dy na­wet szczęśli­wym. Lecz z chwilą, gdy poz­na się już raz tam­to, in­ne, nie ma się już wy­boru i nie może iść drogą, którą obiera większość"


                                       Hermann Hesse






 Hejo :) 
Nie wiem, co mi się porobiło, ale wyśrodkowało mi się i nie chce odśrodkować xd
Co myślicie o rozdziale? :) o Nick'u, Louis'ie, Elizabeth... :) Uwielbiam czytać te komentarze, które opisują rozdział, mówią mi, co się podoba, a co nie :) Bo komentarze typu "super" albo "kiedy next" to nie motywacja :') Właśnie przez nie, jeszcze trudniej człowiekowi coś chyba napisać :(


No nic... najlepszy komentarz:

COOKIE MONSTER

"To jest po prostu zaje%iste :D wzruszyłam się przy rozdziale :'> Louis chce podarować jej swoje serce to mnie najbardziej wzruszyło :') wiem że to nie prawdziwa historia ale po prostu szloch xD czekam z niecierpliwością z następnym rozdziałem :D pozdrawiam :*"

Do napisania, 
Natka99<3