sobota, 30 maja 2015

23: "Wróć do mnie..."

Hej :D
Dziękuję za każdy komentarz, który zachęcał mnie do 
pisania :)
Cóż... spróbuję... dam limit... ciekawe, jak szybko go wypełnicie xd
55 komentarzy = next :3

Miłego czytania :D Polecam zjeść popcorn... mm.. pycha ^^





~ Louis ~

Oparty o niskie drewniane ogrodzenie, które miało sprawiać pozory trudnego do przebycia, odgradzało mnie od pokaźnych rozmiarów statków, które dumnie prężyły się w świetle południa. Czarne, przeciwsłoneczne okulary pozwalały zataić to, co w te chwili obserwowałem. A papierosowy dym, który jako jedyny utrzymywał mój względny spokój, skutecznie odstraszał część ludzi. 
Spojrzałem na wyświetlacz telefonu. Właśnie wybiło południe. Liam powinien już tu być, chyba że coś go zatrzymało. Nie mogłem dłużej narażać się na ekipę Nick'a, która tylko czeka, aby wbić mi nóż w plecy. Wyjąłem kartę z telefonu i rozbiłem ją. To nie przelewki. Rozumiałem co mi grozi. Muszę być szybszy od niego choćby o krok, wtedy wygram.

(...)

Dopiero wieczorem ludzi zaczęło ubywać. Jedyne, co ukazywało się w moim zasięgu wzroku to zakochane pary wtulone w siebie oraz podpici kolesie z kryzysem wieku średniego. Uniosłem wzrok na zachmurzone niebo. Pogoda diametralnie się zmieniła. Robiło się nieprzyjemnie. Cały zdrętwiałem po całodziennym oczekiwaniu.
Wściekły popatrzyłem na jakieś młode małżeństwo, które staranowało mnie, jakbym był powietrzem. A może Elizabeth też tak chce? Po prostu trzymać się za ręce i piep**** durne słowa, o których każdy w końcu zapomni? Normalność jest nudna, przeciętna. Nawet, jeśli nasze drogi przecięłyby się jeszcze kiedykolwiek ze sobą, pewnym jest, że nie zapewnię jej takiego życia, o jakim marzy każdy. Wciąż uciekam, kryję się przed światem, nie rzucam w oczy. Każdy kraj w mniejszym lub większym stopniu o mnie wie i zdaje sobie sprawę z zagrożenia, jakie niosę wraz ze sobą. Nie umiem lubić, współczuć, kochać. Bo kto mnie miał tego nauczyć? Zresztą bez tych uczuć jest lepiej, łatwiej. Mniej problemów, których i tak mam już sporo.
- Wsiadasz? - usłyszałem znajomy krzyk Brytyjczyka, który właśnie ratował mi skórę. Zaparkował pośpiesznie obok mnie, czekając aż łaskawie ruszę się z miejsca.
- Co tak długo? - mruknąłem, kiedy wjechaliśmy na autostradę. Podrapałem podbródek, myśląc o tym, w jakim stanie znajduje się Liz.
- Dostać się z zachodniego wybrzeża do Irlandii trwa cho****** długo. - powiedział zniecierpliwiony Liam. - Ciesz się, że w ogóle tu dotarłem, bo niewiele brakowało i skończylibyśmy... skończyłbyś marnie... Nick u nas był. Chciał nas przekabacić na swoją stronę. Wszyscy poparliśmy ciebie. Zaczęła się strzelanka. - pokręcił głową. - Niall'a postrzelili w ramię... nie chciał jechać do szpitala, bo wolał ratować Elizabeth. Sami wyjmowaliśmy mu kulę! - uniósł głos, jakby bezradnie chciał krzyknąć sam za siebie. Pokiwałem głową.
- Wiedziałem, że nasza grupka trzyma się razem. - założyłem ręce. - Czy udali się tam, gdzie prosiłem?
- Wątpliwe, by byli w Azji. Nick nie ma tam ani jednej siedziby, poza tym za daleko, a on woli działać szybko i konkretnie. Niall przeszukuje Nowy Jork, a Zayn próbuje kontaktować się z Rosalie... - uciął i wypuścił ze świstem powietrze. - Jednak to trudniejsze, niż myśleliśmy. Wszędzie koło tego domu kręci się policja. Kontrolują każdego z kim rozmawia. - mruknął, nie odrywając wzroku od matowego asfaltu. - Harry zmienił kurs na Europę Południową... 
- I myślisz, że tam będzie? - nerwowo zagryzłem policzek od środka. Bałem się o nią. Bałem się, bo wiedziałem z kim ma do czynienia i jak wiele jej grozi.
- Miejmy nadzieję. - Liam potarł czoło w skupieniu. - Beznadziejni z nas porywacze, skoro jeszcze nam ją uprowadzono... - zaśmiał się gorzko.
- Długo mi to będziesz wypominał? - mruknąłem. Chciałem, żeby tu była. Chciałem dotknąć jej policzka. Ale tym razem wszystko zrobiłbym inaczej. Pokazałbym jej moje wnętrze. Wnętrze niezbyt piękne, pozbawione kwiatów i radości, ale jednak byłoby to wnętrze. 
Po dłuższej chwili namysłu przeszedłem na tylne siedzenia i usnąłem, odcinając się od tej piep****** rzeczywistości.



"Szatyn leżał na kanapie w swoim salonie. Był w domu. Wspomnienia z dzieciństwa boleśnie dały o sobie znać. To był jego czuły punkt. Schował twarz w dłoniach. Był załamany. Rozbity na tysiące kawałeczków. Brązowa, przytulna kanapa stała tam, gdzie zawsze. Tak, jak ją zapamiętał. Miękki dywan, który tak kochała jego mama leżał, jak zwykle nieznacznie przekrzywiony.
- Tatio! - usłyszał pisk małego chłopczyka, który z uśmiechem przytulił się do jego nogi. Nic nie rozumiał. Kim było to dziecko?
- Will, tata jest zmęczony. - Elizabeth wyszła z kuchni i wytarła ręce w różnokolorową ścierkę. Uśmiechnęła się do Louis'a nieśmiało i wzięła dziecko na ręce. - Pomożesz mamusi w kuchni? - zmierzwiła mu włoski, na co pokiwał energicznie główką.
- Wielny gielmku... plowadź! - zaśmiał się chłopiec. 
Wtem rozległ się dzwonek do drzwi zwiastując przybycie gości.
- Kto przyszedł? - zapytał Louis i spojrzał na El pytającym wzrokiem.
- Przecież miała dzisiaj przyjść twoja siostra... - otworzyła drzwi, a do środka weszła Lottie.
- Ale się za tobą stęskniłam braciszku! - pisnęła wesoło i rzuciła się na zdezorientowanego szatyna. Właśnie przytulał kogoś, kto nie żył. Nie wiedział, co to był za świat, ale mógł w nim żyć już na zawsze.
Nagle do środka wtargnęli zamaskowani mężczyźni. Rozbili szyby, wyciągnęli broń. Louis już wiedział, co ma zrobić. Złapał szybko Lotts, która bawiła się z małym i wepchnął ich do spiżarni, aby przeczekali to.
- Louis! - usłyszał pisk Elizabeth. Zapomniał. Zapomniał o niej. Wybiegł do salonu, właściwie tylko po to, by zobaczyć, jak Nicolas trzyma ją, przykładając pistolet to jej skroni. 
- Ja zawsze wygrywam. - zaśmiał się szyderczo i przycisnął broń, jeszcze bardziej zdecydowany co do tego, co za chwilę miał uczynić.
- Louis... - szatynka szlochała bezradnie. Ale nie miała mu za złe tego, że o niej zapomniał. Uchronił siostrę, która była dla niego jedyną bliską rodziną, uchronił dziecko. Była pewna, że są bezpieczni, że Louis da sobie radę. Wiedziała, że nigdy nic dla niego nie znaczyła. A jednak, kiedy jej się oświadczał wypowiedziała: "tak". I mimo tego, że prawie w ogóle nie był w domu i traktował ją i dziecko, jak powietrze, starała się być szczęśliwą. Cieszyć każdym dniem. 
Dlaczego teraz, roztrzęsiona i zapłakana uśmiechnęła się do niego niewinnym uśmiechem, a huk wystrzału z broni przeszył powietrze. Jej wzrok zmętniał, a ciało upadło na podłogę. Umarła od razu. Nie miała nawet cienia szansy na przeżycie. 
- Elizabeth! - krzyknął Louis i podbiegł do niej, desperacko próbując przywrócić ją do życia. Jakby wcale nie odeszła, a jedynie zapadła w szczęśliwy sen. Niestety, było już za późno...



- Elizabeth! - krzyknąłem, zrywając się zlany potem. Nie wiedziałem, który świat wolałem: ten bez Lottie, czy ten bez Elizabeth. 

"Louis, wróć. Twoja siostra nie żyje już od tak dawna. A Liz, tak." - w tym momencie zapałałem niewyjaśnioną nienawiścią do samego siebie. Jak mogłem do tego dopuścić?!
- W porządku, stary? - Liam zatrzymał się na poboczu i spojrzał na mnie z niezrozumieniem, ale i współczuciem. Pokręciłem głową i potarłem twarz dłońmi. Dawniej byłem przekonany, że gdybym mógł uratowałbym Lottie, nawet jeśli miałbym do wyboru między nią, a jakąkolwiek inną dziewczyną... a teraz? Teraz czuję, że bez El moje życie byłoby do niczego. Dlatego znajdę Nick'a i odbiorę mu Elizabeth. I dopilnuję, by zawsze była szczęśliwa. Nigdy je nie odepchnę. 
- Znajdziemy ją... - poklepał moje ramię, dodając braterskiej otuchy, po czym ruszył dalej, zagłębiając się coraz bardziej w nieprzeniknioną ciemność nocy.







~ Elizabeth ~ 

Patrzyłam na mężczyznę zdziwiona i wystraszona. 
- Czego pan ode mnie chce? - spytałam w końcu, podkulając nogi pod brodę. Podszedł bliżej i złapał mnie za szyję. Nerwowo próbowałam łapać powietrze, którego z każdą bolesną sekundą było coraz mniej.
- Nie odzywaj się, dzi***. - warknął i przyparł mnie do ściany. Zaczęłam się wyrywać. Łzy bezradności płynęły po moich policzkach. Tak bardzo pragnęłam, żeby ktokolwiek mnie do siebie przytulił i powiedział, że wszystko będzie dobrze. Że nic złego mi się nie stanie, a to wszystko to jeden, nieudany sen. 
Zacisnęłam oczy przerażona tym, że lada chwila zginę. Chciałam jeszcze zobaczyć Niall'a, Rose, a nawet Louis'a. Tyle miał mi jeszcze wyjaśnić. Ostatnimi czasy otworzył się przede mną, pozwolił dostrzec choć część kogoś innego. Kogoś, kogo nie można ujrzeć na zewnątrz. Kogoś, kto zbłądził i nie wie, jak wrócić na dobrą drogę.
- Nie ruszaj się, to nic nie poczujesz... - mruknął mi na ucho i przystawił igłę do mojej szyi. Pokręciłam szybko głową, czując jej metaliczny chłód. Pisnęłam przerażona, kiedy z całej siły uderzył mnie w głowę. 
Nim zdążyłam jakkolwiek zareagować wbił mi ją, wraz z płynem, który zawierała. Poczułam, jak dociera on do moich żył. Mrugałam coraz leniwiej, wkładając w to więcej wysiłku niż normalnie.
- Czy ja umieram? - spytałam słabo, czując jak tracę czucie w kończynach. Obraz przed moimi oczami było rozmazany i zniekształcony. 
- Zapadasz w długi, długi sen... sen bez końca. - mruknął zadowolony z faktu, że to co mi zaaplikował, działa jak należy. Chciałam krzyczeć, błagać o pomoc, ale byłam niezdolna do wypowiedzenia czegokolwiek. Pragnęłam wybiec stąd. Drzwi były otwarte, a on specjalnie ustawił się tak, żeby mnie przepuścić. Jednocześnie dawał i odbierał mi wolność, której nigdy prawdziwie nie zaznałam. 
- Dobranoc, kotku. - powiedział kąśliwie, po czym wyszedł zamykając drzwi, będące moją jedyną deską ratunku. Patrzyłam na nie, walcząc z nieodpartą potrzebą snu. I tą walkę przegrałam...







~ Rose ~

Właśnie wracałam z parku z Carrie i Sophie, gdy ujrzałam znajomego mulata opartego o samochód po drugiej stronie ulicy. Zmarszczyłam brwi, nie rozumiejąc co może go sprawdzać w te strony. Ostatnim razem mnie odrzucił. Oddał dla pieniędzy. Rozkochał w sobie i zostawił samą, jak palec w tym okrutnym świecie. 
- Carrie, czy możecie odciągnąć stąd policjantów? - szepnęłam, widząc jak podchodzi do mnie. - Muszę... z kimś porozmawiać... - po tych słowach dziewczyny pokiwały głowami i podeszły do policjantów. 
- Witaj. - chłopak nachylił się nade mną i popatrzył mi w oczy. 
- Zostawiłeś mnie. - powiedziałam oschłym tonem. Tak naprawdę tylko grałam złość do niego. Gdzieś w środku skakałam z radości. Jest tu. Stoi przede mną, nieskazitelny, jak zazwyczaj.
- Nie miałem wyboru! - wysyczał przez zaciśnięte zęby i rozglądnął się. Wiedział, że jest tu pełno nieprzyjaznych mu ludzi, a jednak zaryzykował.
- Zawsze jest wybór... - powiedziałam z bólem. Objął mnie w talii i przyciągnął mnie do siebie. 
- Posłuchaj mnie uważnie... nie mamy wiele czasu, zanim oni tu przyjdą... - szeptał mi na ucho pośpiesznie, nerwowo.  - Nicolas porwał nam Elizabeth. Została nas piątka, ich jest setki. Potrzebujemy cię, jak nikogo innego. Musimy ją odnaleźć, zanim ją zabije. - powiedział szybko.
- Przecież... przecież Elizabeth nie... - głos mi się załamał. Pokręcił szybko głową, jakby to co właśnie powiedziałam było zwykłym absurdem.
- Żyje... cały czas była i jest żywa... ale ile jeszcze pobędzie przy tym człowieku nie wiadomo... teraz każda sekunda się liczy, rozumiesz? Musisz pojechać ze mną... - potarł podbródek, widząc, jak mężczyźni są coraz bliżej.
- Pojadę... - szepnęłam.
- Świetnie... za 10 minut, w tym samochodzie. - musnął moje wargi i odszedł, skręcając gdzieś tak, że zniknął z mojego pola widzenia.
- Kto to był, proszę pani? - spytał podejrzliwie inspektor. 
- Mój chłopak... - powiedziałam spokojnie. Mówiłam prawdę. A to, że ta prawda zawiera całą bombę wybuchową gorszych rzeczy, wolałam zachować dla siebie. - Wyjeżdżam z nim na jakiś czas... muszę odreagować porwanie... - uśmiechnęłam się.
- To nie jest dobry pomysł. - zaprotestował, ale nie słuchałam go, już siedząc w samochodzie.
- Będę miała przez ciebie kłopoty. - westchnęłam, spoglądając na Zayn'a, który odjechał z piskiem opon.
- Już je masz... - odparł i spojrzał na mnie. - Przecież o tym wiesz...







~ Louis ~

Tej nocy nie zmrużyłem już więcej oka. Wiedziałem, że przyśni mi się Elizabeth, a nie byłem w stanie po raz kolejny obserwować jej śmierci. Mimo tego, jak Liam mnie uspokajał, że wszystko z nią w porządku, że on jej nie zabije, jednak z upływem kolejnych cennych minut, coraz bardziej wątpiłem w jego słowa. 
Zmęczony, oparty o szybę patrzyłem na zmieniające się widoki za oknem.
- Jesteśmy we Francji... za niedługo dojedziemy na Lazurowe Wybrzeże... - poinformował mnie Liam, na co pokiwałem głową. To, że tam będziemy, nie znaczy, że Elizabeth również. Gdyby porwali mi kogokolwiek innego, wisiałoby mi co z nim uczynią. Ale przy tej rozbitej wewnętrznie szatynce nie chodzi mi już o te pieniądze. I tak dostaliśmy ich sporo przez okup wpłacony za jej siostrę. 
- Patrz! - moje rozmyślania przerwał Liam, wskazując na znajomego mężczyznę. 
- To jest goryl Nick'a? - przymrużyłem oczy, nie rozpoznając istotnych szczegółów. Dopiero jego gangsterski tatuaż, który posiadał na ciele każdy z nas rozwiał moje wątpliwości. Rozmawiał z kimś oschle, bacznie rozglądając się, jakby wiedząc, że widzieliśmy każdy jego ruch.
- Jedziemy za nim? - Liam nie odrywał od niego wzroku, jakby bał się, że nam ucieknie wraz z możliwością znalezienia panienki Carter. 
- Pewnie. Co mamy do stracenia? - wzruszyłem ramionami. Kiedy Carl wsiadł do swojej terenówki ruszyliśmy w pościg za nim. Jechaliśmy dość długo, a z upływem czasu moja niecierpliwość wzrastała. Na samą myśl, że zobaczę Elizabeth, coś sprawiało, że nie mogłem usiedzieć w miejscu.
Zatrzymaliśmy się w ukryciu i szybko, ale cicho wyszliśmy z samochodu. Kiwnąłem głową Liam'owi, po czym ruszyliśmy przez las w poszukiwaniu miejsca, które miało nas zaprowadzić do celu naszej podróży.

Naszym oczom ukazał się pokaźnych rozmiarów budynek, przypominający dawne dworki, jednak tak zmodernizowany, że wyglądem przypominał pomniejszone nowojorskie biurowce. Wysokie ogrodzenie piętrzyło się przed nami, dzieląc od posiadłości.
- Jak się tam dostaniemy? - spytałem i przyłożyłem ucho, tylko po to, aby moje obawy się potwierdziły. - Napięcie elektryczne. A to skur*****. - mruknąłem i przez przypadek kopnąłem kamień prosto na nie. 
- Albo jego pozory... - popchnął bramę, która bez problemu ustąpiła. Zmarszczyłem czoło. Coś mi tutaj nie grało. To było zbyt proste. Nick nie jest człowiekiem, który ustępuje bez walki. 
- To podstęp. - powiedziałem po chwili, słysząc czyjeś kroki. Brunet nie zdążył odpowiedzieć, ponieważ jednym mocnym uderzeniem w głowę został ogłuszony. Nie musiałem długo czekać, aż twardy przedmiot zetknął się z moją czaszką i powalił mnie na dobrze ubitą, niczym nie porośniętą glębę.

Nie wiem, ile czasu minęło, ale świadomość odzyskałem dopiero w momencie wrzucenia do niewielkiej, wysokiej celi. Zamrugałem kilkakrotnie oczami, aby wyostrzyć wzrok. Dopiero wtedy rozejrzałem się po klaustrofobicznym pomieszczeniu. Wysokie, szare ściany bez okien, spróchniała, drewniana podłoga, od której wręcz czuć było nadmierną wilgoć i ona leżąca bezwładnie.

Nasze ciała zajmowały całą przestrzeń. Nie było tu miejsca na nikogo więcej, chyba że umiałby latać.
- Elizabeth? - spytałem zachrypniętym głosem i związanymi nogami szturchnąłem ją lekko. Zero odzewu. Zmarszczyłem czoło i przekręciłem się tak, że patrzyłem jej w twarz. - Czas wstawać... - powiedziałem głośniej, nie rozumiejąc dlaczego wciąż śpi. - Elizabeth! - krzyknąłem zniecierpliwiony, jednak i to nie dało oczekiwanego efektu. Zdenerwowało mnie jej nieposłuszeństwo i pewnie gdyby nie fakt, że leżałem tu związany, niczym indyk na Święto Dziękczynienia, dawno bym ją uderzył. Nie panowałem nad sobą, taka prawda.
Usłyszałem, jak ktoś przekręca zamek w drzwiach i wchodzi do środka. Było zbyt ciasno, abym mógł się obrócić, ale byłem prawie pewny, że to Nick. I nie myliłem się...
- Nie sądziłem, że naprawdę jesteś tak dziecinnie naiwny. - prychnął mężczyzna i spojrzał na mnie rozbawiony. - A wszystko przez jedną małolatę. - kopnął mnie w sam środek kręgosłupa, na co syknąłem z bólu, który rozszedł się wzdłuż całych pleców. - A wiesz, co w tym wszystkim najlepsze? Że ona już się nie obudzi. Po dawce, którą jej zaaplikowałem... - prychnął i wyszedł, zatrzaskując drzwi. Zmarszczyłem czoło i spojrzałem na spokojną twarz nastolatki. Wyglądała tak spokojnie, niewinnie... jakby właśnie miała jakiś przyjemny sen...
Zacisnąłem oczy. Byłem tu dla niej, a jej jakoby już tu nie było.
Westchnąłem i delikatnie ucałowałem jej podbródek, czoło, nosek, kość policzkową, skroń, a na końcu usta.
 - Wróć do mnie... - szepnąłem błagalnie. - Bez ciebie jestem nikim... ba! nie istnieję bez ciebie...  jesteś częścią mnie... potrzebuję cię... jak nikt inny... - westchnąłem i schowałem twarz w zagłębieniu jej szyi.










"Kto jest tym mężczyzną, który trzyma twoją dłoń?
I mówi o twoich oczach?
Śpiewał, o byciu wolnym,
Ale teraz zmienił zdanie"

                                      One Direction - "Stockholm Syndrome"






Kochani! :D Jestem z Was dumna :') wybiło te pisiont komentarzy :] uwielbiam Was :** jak to moja przyjaciółka mówi: "loffki, siski, foreverki" ^^
Cóż... będę szczera... ten rozdział jest beznadziejny... nie oszukujmy się, miał wyjść genialnie, a powstało takie coś, co w żadnym calu, oprócz ostatnich linijek mi się nie podoba, więc zrozumiem, jeśli Wam też :)
Cóż... rozdział dodaję z nietypowej przyczyny, otóż dlatego, że kiedy tylko wybiło 50 komentarzy, tata cały czas mówi, żebym dodała rozdział :D nie mogę go zawieść haha :D wybaczcie, że tym razem nie wybiorę najlepszego komentarza pod rozdziałem, ale jest dość późno i szczerze to mam dość ślęczenia przed komputerem tyle, mam nadzieję, że mnie zrozumiecie xd


Czy tylko mnie powala i rozśmiesza to zdjęcie? :d nie no zawsze mnie to śmieszy xd a do tego ten aktor ^^ kiedyś sobie to oglądnę... nie dziś, nie jutro, ale kiedyś xd tylko ze względu na niego haha :D
To by było na tyle :) czekam na Wasze opinie :) Dobrej nocy, słodkich Louiskowych (i Stigowych - dla Ani :P) snów :*
Do napisania,
Natka99<3

środa, 29 kwietnia 2015

22: "Boisz się, że nigdy nie odwzajemni twoich uczuć"

 Hejo :D Wyjątkowo dodaję rozdział w środku tygodnia :)
Ale pod tamtym był limit 45, a jest bodajże 27...
Tak, że ten z racji rozdziału proszę 0 50 komentarzy :P
Nie dacie rady, wiem xd ale chcę Was sprawdzić :*

Miłego czytania^^




Po chwili odsunęłam się od niego zażenowana. To, co w tej chwili robiliśmy było złe i nieodpowiedzialne. Nie powinien mnie całować... w ogóle nie powinien był tego mówić. Jest złym człowiekiem, nie zdolnym do uczuć! Wcześniej bezkarnie mnie bił, a teraz? Tak po prostu liczy, że nagle zapomnę o tym wszystkim? Że ulegnę temu, jak bardzo jest idealny? Przecież wygląd to tylko część człowieka... część, która tak szybko przemija. Kierując się tylko i wyłącznie tym, co na zewnątrz zajdziemy donikąd. Przecież, gdybym nie wiedziała, że Louis jest od stóp do głów naszpikowany negatywnymi cechami, powiedziałabym, że to normalny, młody, zarabiający na swoje utrzymanie mężczyzna... cóż... on naprawdę na siebie zarabia... jednak w dość nietuzinkowy sposób.
- Co jest? - mruknął i przysunął mnie tak, jakby potrzebował czuć moje usta. Zmarszczyłam czoło i odsunęłam się. Chyba nie zadowoliła go moja reakcja. Jego tęczówki pociemniały. Nie były już takie puste, jak zwykle. Był wściekły. I widać to było w środku oraz na zewnątrz. 
- Puść mnie... - wymamrotałam i odsunęłam się od niego jeszcze bardziej, wyrywając z dość intymnego uścisku. Kiedy stałam o własnych siłach poczułam niemałą ulgę. Nie mógł robić ze mnie idiotki. Robota, który posłusznie, bez namysłu wykonywał, co tylko chciał jego "pan".
- A więc znowu wkraczamy na ścieżkę wojenną? Świetnie! - syknął i mocno chwycił moje ramię. Skrzywiłam się z bólu, jaki zadał mi jego uścisk. Czemu był taki... ordynarny? Nieliczący się z innymi? Myślący tylko i wyłącznie o tym, co będzie dla niego najlepsze? Egoista, jakich mało. 

Popatrzyłam się przed siebie. Słońce dawno kryło się za horyzontem, a na niebie królował Księżyc, nadający wszystkiemu tajemniczą, srebrną poświatę. W Irlandii było ciepło, wręcz parno i nadzwyczaj spokojnie. Niczym niezmącona cisza omiatała wszystko dookoła. Co jakiś czas, po brukowanej ścieżce leniwie przetoczył się listek, gnany przez wiatr, który zapewne pragnął ożywić wszystko dookoła. Z marnym skutkiem, oczywiście. Gdzieś w dali słychać było rozmowy podpitych nastolatków wracających do domów, po kolejnej, udanej imprezie. Lampa migała co chwila, kończąc swój żywot. Pewnie za kilka dni zostanie wymieniona na nową. Przecież wszystko da się zamienić. Mówimy: "on był nie zastąpiony", a już następnego dnia zapominamy, podziwiając kogoś innego. Niestety, tak skonstruowany jest ten świat. I można biernie się z tym pogodzić. Wygodnicko czekać, aż i nas zastąpią, lub robić wszystko, aby inni zachwycali się nami, długo po naszym odejściu do innego świata.

Jedyne, co poddawało mnie w wątpliwość był mężczyzna stojący przy wejściu na cmentarz. Postawny, umięśniony. Włosy zgolone miał niemalże na łyso, oko podbite. Szara koszulka z krótkim rękawem opinała jego zapewne długo wyrabianą rzeźbę. Przymrużył oczy, patrząc na mnie przenikliwie, a potem odszedł, jak gdyby nigdy nic.
- Słuchasz mnie?! - warknął zniecierpliwiony Louis i popchnął mnie tak, że plecami uderzyłam w kant marmurowego nagrobka. Był zły, ponieważ nie spełniłam jego oczekiwań? Bo nie rzuciłam mu się w ramiona, niczym kolejna głupia dziewucha? 
- Tam ktoś był... - szepnęłam się. Szatyn odwrócił się i rozejrzał dokładnie. - Piep***** głupoty! - prychnął i kopnął mnie mocno. - A wiesz, co jest najlepsze? Że twoi rodzice zapłacili okup za Rose, a ciebie mają w du***! Do końca swojego nędznego życia zgnijesz ze mną, czy ci się to podoba, czy nie! - szarpnął mnie za rękę, zmuszając tym samym do wstania.
- To nieprawda... kłamiesz... - wydusiłam słabo, a pojedyncza łza spłynęła mi po policzku. - Oni by mnie nie zostawili samej... nie zostawili... - wybuchłam głośnym i żałosnym płaczem, na co tylko wywrócił oczami i pociągnął mnie w kierunku samochodu. - Dziwnie tu pachnie... - szepnęłam, kiedy wsiedliśmy do samochodu. - Jakby... - po raz kolejny w moim życiu zdążył mi przerwać.
- Słuchaj... ustalmy sobie jedno. - wywrócił oczami. - To nie koncert życzeń. Jesteś teraz niczym. Martwym punktem, który za niedługo zostanie zmazany... - zamyślony podrapał się po swoim podbródku. - Więc wisi mi to, jak tu pachnie, jak pachnie na zewnątrz. Twoje zdanie nie zmieni niczego. - wzruszył ramionami. - Więc daruj sobie, bo tylko się ośmieszasz... - spuściłam wzrok urażona. Nie chce mojej opinii, to nie, ale ja nie zamierzam zginąć.
- Śmierdzi benzyną. Jakby się wylała. - mruknęłam i więcej nie miałam zamiaru się przy nim odzywać. Niech radzi sobie sam. Prychnął z politowaniem, ale szyderczy uśmiech zniknął z jego twarzy, kiedy ujrzał jasny błysk, a następnie całe auto stanęło w płomieniach. 

Przerażona widziałam, jak kilku mężczyzn zaczęło uciekać. Louis próbował otworzyć drzwi, ale wszystkie były... jakby zaklejone? Byliśmy w pułapce. Duszący dym wdzierał się do środka przez każdą wolną szczelinę, sprawiając, że powietrza zdatnego do oddychania, z każdą chwilą było coraz mniej. Teraz o tym, czy przeżyjemy decydowały ułamki sekund.
- Zatkaj usta. - powiedział szybko Louis i przyłożył do moich ust kawałek materiału nasączonego wodą mineralną. Głowa bolała mnie od nadmiaru szkodliwych substancji, a świadomość i możliwość myślenia, opuszczały mnie coraz szybciej. Z naszych ciał nieprzerwanie lały się strużki potu. Nie wiem, jaka w samochodzie rozgrzanym przez ogień musiała być temperatura, ale niczego nie dało się dotknąć, aby nie zostać poparzonym. Louis nerowo wziął pistolet i zaczął strzelać w dach. Skoro nie da się wyjść dołem, to może choć górą. Po chwili w całym samochodzie zrobiło się szaro od dymu. Oczy piekły mnie i jego. Co chwila nerwowo je pocierałam, łzawiąc. Nigdy nie sądziłam, że dym aż tak bardzo szczypie i piecze.
 W końcu udało mu się. Wyważył blachę i wyszedł na dach. Krzyknął z bólu, kiedy ognisty język muskał jego skórę. Pośpiesznie podał mi ręce i wyciągnął na dach. Ognień rozprzestrzeniał się w zastraszająco szybkim tempie, jednak nie było nikogo, kto zareagowałby na zagrożenie. 
- Na trzy skaczemy... - krzyknął, gdy ogień pokrył niemalże cały dach. Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo nim zorientowałam się leżałam pod nim. Nasze osmolone i spocone ciała stykały się ze sobą. Patrzył na mnie z uczuciem ogromnej ulgi. Mimo, że na dworze nadal było gorąco, wystarczało, by zawiał zefirek i od razu robiło się przyjemniej.
- Kto to zrobił? Kto byłby zdolny do czegoś takiego? - szepnęłam przerażona. Oboje nie zauważyliśmy tego, że ktoś ugasił ogień. Tak nagle? Jakby tylko czekał na naszą śmierć... ale po co komuś nasza śmierć?
Bujne, nieskoszone rośliny, mimo że normalnie w dotyku wydawałyby się miękkie, teraz tylko raniły nasze ręce, brzuchy.
- Nicolas Gordon. Jeśli on tu jest, nie ma ani cienia szansy na to, że oboje przeżyjemy. - mruknął cicho Louis do mojego ucha. - Musimy uciekać... ja muszę... przed własnym gangiem... teraz porywam cię na własną rękę... na własnych zasadach... jeśli myślałaś, że ten ogień był niebezpieczny, mylisz się... czekają nas rzeczy znacznie gorsze... a to tylko początek... - ucałował moją poparzoną szyję i podał rękę. Wstał z ziemi bacznie się rozglądając. - Oni tu są... to pewne... Chodź... - z zimną krwią i twarzą, niewyrażającą żadnych uczuć uporczywie próbował się gdzieś dodzwonić. Uniósł brwi, patrząc na sklep z motocyklami. - Co powiesz na przejażdżkę? - spytał, ale nie oczekiwał odpowiedzi. Obszedł budynek dookoła, zaglądnął na chwilę przez szyby i uśmiechnął się z triumfem. 
- Masz zamiar to ukraść? - pokręciłam głową z dezaprobatą, po czym usiadłam na chodniku i przyglądałam mu się zaciekawiona. Nawet z czerwoną szramą zdobiącą jego policzek wyglądał idealnie. Nie rozumiem, jak on to robi. Niektórzy ludzie chyba po prostu mają w genach to, że niezależnie od sytuacji muszą wyglądać, jak bóstwa. A Louis Tomlinson na moje nieszczęście się do nich zalicza. Podszedł do mnie i zmierzył wzrokiem. Zwinnym ruchem wyciągnął z moich włosów wsuwkę, przez co kosmyk niesfornych włosów opadł mi na oczy. Uśmiechnął się pod nosem na ten widok i zaczął ją wyginać tak, aby spełniała rolę klucza. 
- Takie rzeczy udają się tylko na filmach... - mruknęłam i bawiłam się skrawkiem mojej koszulki. Cała moja i jego skóra pokryta była ciemnoczerwonymi plamami... jego miejscami była aż brązowa.
- Jeśli włamywało się do setek sklepów i mieszkań, uwierz... wystarczy wsuwka... - nacisnął klamkę, a drzwi ustąpiły. Podszedł do półki z kluczykami i wziął jeden. Już po chwili wyjechał nowiutkim, czarnym motorem z pomieszczenia. Na koniec zamknął wszystko tak, jak było na początku i podał mi dłoń.
- Jakim cudem, wszystko uchodzi ci płazem? - pokręciłam głową i usiadłam za nim niechętnie, delikatnie go obejmując.
- Po prostu jestem Louis Tomlinson. - powiedział szczerze rozbawiony, ruszając z piskiem opon.








~Louis~

Nad ranem dojechaliśmy do domu mojego znajomego. Mimo, że jestem ścigany wpuścił mnie i bacznie przyglądał się spokojnie śpiącej na moich rękach, Elizabeth.
- A, więc mówisz, że Nick się mści? Przecież nie ma żadnego powodu ku temu... - skonsternowany Josh pokręcił głową zamyślony. - Likwidowanie swoich najlepszych ludzi, nic mu nie da... - zaspany pił kawę, słuchając mnie w zamyśleniu.
- Da. Jest zły, że zabiłem Frank'a. - mruknąłem, turlając jabłko. Musiałem tu przeczekać jakiś czas. Podjąć decyzję, dokąd się udać. Nie mogłem wiecznie uciekać. Nie miałem na to ani czasu, ani cierpliwości.
- A ona? Elizabeth? - upewnił się, za nim zapytał o cokolwiek innego.
- Carter... - powiedziałem surowo. - Łapy od niej precz. Nie waż się jej dotknąć lub chociażby rozmawiać z nią. - warknąłem. Niech nie myśli sobie, że wszystko mu wolno. 
- Czyżbyś się zakochał, Tomlinson, w jakiejś zadufanej w sobie małolacie, jak to mawiałeś? - rozbawiony założył ręce, czekając na moją odpowiedź. Wystawiłem mu środkowego palca i wyszedłem z kuchni, rzucając w niego jabłkiem. Nie nazwałbym tego miłością... prędzej... fascynacją... zresztą niech każdy określa to sobie, jak chce, wisi mi to. Wyszedłem na ogród i usiadłem na dużym tarasie. Skupiony zapaliłem swojego Malboro i popatrzyłem w niebo. 

Wszystko uległo zmianie. Oprócz chłopaków, którzy od początku są podporządkowani tylko mi, nie mam już na kogo liczyć. Owszem, życie nauczyło mnie radzić sobie samemu, ale w tym wypadku było to trudne. Zupełnie, jakby każdy chciał mnie załatwić na własną rękę. 
- Boisz się, że zrobią jej krzywdę, prawda? - spytał w końcu i usiadł obok mnie. - Boisz się, że ktoś ci ją odbierze.
- Nie. - uciąłem szybko. Niech przestanie zadawać te cho****** głupie pytania!
- Boisz się, że o tobie zapomni. - nie musiał już nawet pytać?! Tak bardzo był pewny swoich "genialnych" wniosków?!
- Nie. - powtórzyłem wściekły. Jak sam nie zamknie tej pewnej siebie mordy, ja to zrobię!
- Boisz się, że nigdy nie odwzajemni twoich uczuć. - pokiwał głową. Ostatnie stwierdzenie wydało mu się chyba najbardziej oczywiste.
- Przestań, bo tracę cierpliwość! Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! - krzyknąłem, chcąc, aby wreszcie siedział cicho. Popatrzył na mnie przenikliwie i uniósł brwi. - Nie, nie... - mówiłem już ciszej i kręciłem głową. - Tak... - westchnąłem w końcu zrezygnowany. Zawsze dopinał swego. Zawsze. Uśmiechnął się z satysfakcją.
- Więc zrób wszystko, aby ona mogła powiedzieć to samo. - rzucił na odchodnym.

Zostałem sam, a w mojej głowie zrodziło się nowe postanowienie, którego będę się trzymać. Zrobić wszystko, aby Elizabeth mnie pokochała...







~Elizabeth~

Obudziłam się obolała. Czułam się, jakby ktoś polewał moje ciało kwasem. Ból jaki sprawiała mi każda rana po oparzeniu był nie do opisania. Raz było mi zimno, a raz gorąco. Trzęsłam się, zlana potem. Rozglądnęłam się po pokoju. Nie ujrzałam wiele. Ciemność spowijała praktycznie wszystko. 
Nie wiedziałam, gdzie jestem, dlaczego tu jestem oraz jak się tu znalazłam. Stęknęłam tylko cicho z bólu. Nie wiem, dlaczego... cały czas miałam wrażenie, że ktoś jest w tym pomieszczeniu i mnie obserwuje. Może to tylko niemiłe złudzenie?
Usiadłam słabo i chciałam wstać, jednak ktoś przygwoździł mnie do kanapy. Chciałam krzyknąć, ale czyjaś ogromna ręka zatkała mi usta. Wybuchłam płaczem wystraszona, kiedy zawiązano mi oczy, ręce, nogi i usta, a następnie wrzucono do jakiegoś pojazdu. Nie rozumiałam, co się działo. To sprawka Louis'a? To ten moment, kiedy nadchodzi mój koniec? Teraz zabije mnie i będzie po sprawie? Nie będzie musiał zawracać sobie głowy kimś tak nieważnym. W końcu dostał swój okup za Rosalie, a tyle pieniędzy w zupełności mu wystarczy.
Słyszałam cichą, szybką rozmowę. Czułam się, jak kompletna idiotka. Nie potrafiłam wyłapać ani jednego słowa. Każda myśl zaczynała mi się mącić, aż w końcu zlały się w jednolitą całość, a ja przestałam kontaktować.




*RETROSPEKCJA*  

"- Niall... mnie to przerasta... - szatynka płakała niewinnie. Czemu tak często musiała cierpieć? - Ja już nic nie rozumiem... jacyś dziwni mężczyźni za mną chodzą, próbując zabić... - ucięła, nie potrafiąc ubrać myśli w słowa.
- Nie bój się, księżniczko... ja cie obronię... - szepnął zaniepokojony blondyn i mocno przytulił ją do siebie, kołysząc uspokajająco.
- Boję się... - płakała cicho, nie mogąc się uspokoić.
- Hm... - chłopak namyślił się chwilę i spojrzał na nią z cwaniackim uśmieszkiem, po czym skoczył na równe nogi. - Pomyśl, że to są gangsterzy, którzy porywają cię, bo jeden się w tobie zakochał... jednak jego mroczna przeszłość i teraźniejszość wygrywają, przez co zamiast okazywać ci swe nieokiełznane uczucia, zadają ci kolejne ciosy! - starał się utrzymywać choć pozory powagi. Udał, że w ręce trzyma pistolet i strzela w nią. Parsknęła śmiechem. Zawsze potrafił ją rozbawić. Był niesamowitym człowiekiem i przypominała sobie o tym każdego kolejnego dnia. - Daj mi skończyć! - zaśmiał się uroczo i skoczył na łóżko. - Ale wiesz... pewno dnia Niall - hero ratuje cię z opresji, a ty z wdzięczności rzucasz mu się na szyję i wyznajesz miłość... - podłożył ręce pod głowę.
- Co proszę? - rozbawiona założyła ręce.
- Powiedziałem... um... wyznajesz miłość? Chodzi mi przyjaźń... przyjaźń... - powtórzył zawstydzony i podrapał się w kark. Pokręciła głową rozbawiona. - W każdym razie... - wystawił jej język. - Cokolwiek by się nie działo... zawsze cię uratuję... przecież od tego są przyjaciele, prawda? - uśmiechnął się i przytulił ją z troską. - Zawsze... - szepnął zamyślony..."

*KONIEC RETROSPEKCJI*


~Louis~

Rano zszedłem na dół i zmarszczyłem brwi. 
- Josh, gdzie Elizabeth? Josh? - krzyknąłem, żeby mnie usłyszał. Nie było jej w salonie, na zewnątrz. Zupełnie, jakby rozpłynęła się w powietrzu.
- Wybacz, Louis. Każdy musi radzić sobie sam. - Josh w towarzystwie, tak dobrze znanego mi mężczyzny wyszedł z kuchni.
- Witaj, Tomlinson. Znów się spotykamy. 3:1. Wygrywam. - powiedział z kpiną, przez co od razu miałem ochotę się na niego rzucić.
- Nick! - syknąłem. - Gdzie Elizabeth?! - wściekły zmierzałem w jego kierunku, ale dwóch goryli uniemożliwiło mi to. O, nie. Historia sprzed lat znowu się powtarza. Jeśli ją zabije... przecież ja... przecież ona... - Nick! Gdzie Elizabeth! - krzyczałem wściekły, próbując się wyrwać osiłkom. 
- Daleko stąd... mój drogi... - prychnął. - Wiesz... potrzebuję konika doświadczalnego... nowe metody bicia, boks, używki... przecież wszystko trzeba na kimś przetestować, nieprawdaż? - prychnął. Jeśli ktokolwiek, kiedykolwiek stwierdził, że jestem potworem, nie znał Nick'a. To człowiek bez skrupułów i jak widać ze szwankującym sumieniem.
- Nick! - krzyknąłem wściekły. - To człowiek! Nie przedmiot! - warknąłem wściekły. 
- Jesteś zbyt miękki, Tomlinson. Zbyt miękki... sam niedawno chciałeś ją zabić. Nagle zmieniłeś zdanie? - powiedział, patrząc na mnie przenikliwie. Nie odpowiedziałem zdenerwowany. - Tak myślałem... zbyt miękki. - zaśmiał się i wyszedł z domu, wraz z Josh'em i całą resztą. 

Upadłem na kolana i schowałem twarz w dłoniach. Nie mogli jej zabić. Nie pozwolę na to. Szybko wziąłem telefon i wybiegłem z domu.
- Niall... - zacząłem zdyszany, biegnąc przez las. Mogę się założyć, że powiadomili policję, że tu jestem.
- Louis? Gdzie jesteś? Wracajcie... - powiedział zdziwiony blondyn. Słyszałem, jak bierze gryza, zapewne właśnie zrobionej przez siebie kanapki.
- Niall... Nick ją porwał... - dyszałem zmachany, jednak nie mogłem się zatrzymać. - Nie ufajcie nikomu. Nie rozmawiajcie z nikim. Zostaliśmy wystawieni... Jestem w Irlandii... byłem u Josh'a... nawet od zdradził... jak mogłem być taki głupi... - jęknąłem do słuchawki. Nie radziłem sobie. Pierwszy raz nie umiałem ukryć tego, jak bardzo bolało mnie, że nie mogłem zaradzić na to, że stanie się jej krzywda. Nick nie zna umiaru. On bije, żeby zabić, nie aby dać nauczkę.
- Co?! Jak to Nick ją porwał?! - usłyszałem, jak ktoś wyrywa mu słuchawkę z ręki.
- O co chodzi? Niall wpadł w paranoje... jeść nawet nie chce. - zdziwiony Liam, czekał na odpowiedź ode mnie.
- Niech jeden z was przyleci po mnie do Larne...  będę czekał w porcie. Starajcie się nie zwracać na siebie uwagi. Zayn niech złapie kontakt z Rose, Harry niech jedzie do Azji, a Niall do Nowego Jorku... musimy znaleźć Elizabeth, zanim będzie za późno... - wydyszałem, stając w miejscu. - Nie dajcie się złapać, Liam. - powiedziałem oschle i rozłączyłem się. Znajdę ją. Muszę znaleźć...







~Elizabeth~

Nie wiem, która była godzina, kiedy się obudziłam. Wiem, że znajdowałam się w niewielkiej komórce bez okien. Jeśli chciałabym się położyć na podłodze, pewnie przeliczyłabym się. Całe pomieszczenie, owszem, było dość wysokie, ale niestety bardzo wąskie i niekomfortowe. 
Oparłam głowę o zimną ścianę, by choć trochę pozbyć się niemiłego pulsowania, które wraz z upływem czasu, nie mijało. Patrzyłam pusto przed siebie. Dlaczego mi to zrobił? Znowu? Przecież myślałam, że mimo zmiennego zachowania Louis'a, zacznie mnie traktować jakoś lepiej? Jak człowieka? Żywą istotę?
Wtem drzwi otworzyły się, a do środka wszedł przystojny mężczyzna. Miałam dziwne wrażenie, że gdzieś już go widziałam, jednak nie byłam w stanie przypomnieć sobie, skąd.
- Jeśli myślałaś, że Louis był potworem... - zaczął oschłym tonem. - To źle definiowałaś to słowo... witaj w swoim największym koszmarze... - syknął i podszedł bliżej mnie.











"Rzeczy, które widzi­my [...] to te sa­me rzeczy, które is­tnieją w nas. I nie ma żad­nej in­nej rzeczy­wis­tości prócz tej, jaką ma­my w so­bie. Dla­tego też większość ludzi żyje tak niereal­nie, po­nieważ zewnętrzne ob­ra­zy uważają za rzeczy­wis­tość, a swe­go włas­ne­go świata wca­le nie do­puszczają do głosu. Można być wte­dy na­wet szczęśli­wym. Lecz z chwilą, gdy poz­na się już raz tam­to, in­ne, nie ma się już wy­boru i nie może iść drogą, którą obiera większość"


                                       Hermann Hesse






 Hejo :) 
Nie wiem, co mi się porobiło, ale wyśrodkowało mi się i nie chce odśrodkować xd
Co myślicie o rozdziale? :) o Nick'u, Louis'ie, Elizabeth... :) Uwielbiam czytać te komentarze, które opisują rozdział, mówią mi, co się podoba, a co nie :) Bo komentarze typu "super" albo "kiedy next" to nie motywacja :') Właśnie przez nie, jeszcze trudniej człowiekowi coś chyba napisać :(


No nic... najlepszy komentarz:

COOKIE MONSTER

"To jest po prostu zaje%iste :D wzruszyłam się przy rozdziale :'> Louis chce podarować jej swoje serce to mnie najbardziej wzruszyło :') wiem że to nie prawdziwa historia ale po prostu szloch xD czekam z niecierpliwością z następnym rozdziałem :D pozdrawiam :*"

Do napisania, 
Natka99<3


piątek, 24 kwietnia 2015

21: "Chcę tylko, żebyś była moja"

~Elizabeth~

Spojrzałam na niego zdziwiona. Nie wiedziałam, czego jeszcze mogę się spodziewać po nim. Louis'ie Tomlinson'ie. Założył ręce i czekał, aż wstanę. Ale nie mogłam. Nie potrafiłam. Miałam przy sobie Rose. Chciałam się nacieszyć jej obecnością, póki mogłam.
- Nie zrobili ci krzywdy? - szepnęłam cicho, wtulona w nią. Wytarłam policzki niewinnie i cicho pociągnęłam nosem.
- Nie, Eli... jest w porządku... - ukradkiem spojrzała na Zayn'a. Kiedy zorientowała się, że również na nią patrzy, uśmiechnęła się delikatnie i zarumieniła. Czy ja o czymś nie wiem? - Źle z tobą, siostrzyczko... - spojrzała na mnie smutno. W jej spojrzeniu widziałam jakby... litość? Rozumiem, że sińce i rany... a raczej ich nadmiar, nie są zbyt przyjemne, jednak nie chciałam tego widzieć. Nie współczucia. To jedyne uczucie, którego nie rozumiem. Pojawia się w ludziach z odczuciem... bycia lepszym? Patrzą na danego człowieka i swym spojrzeniem utwierdzają go w przekonaniu, jak niewiele jest wart. A ja nie potrzebowałam tego. Louis wystarczająco długo mi to powtarzał.
- Idziemy. - mruknął szatyn i szarpnął mnie za rękę. Czułam się, jak kukiełka. Szmaciana lalka, której każdy mówi, co ma robić. Spuściłam wzrok smutno, nie mogąc patrząc mu w oczy. Już nic nie rozumiałam. Najpierw mnie bije, torturuje, niszczy... a potem mówi, że mnie kocha? Przecież to pozbawione jest jakiegokolwiek sensu.
- Idziemy, Rose... - mulat podał jej dłoń, a kiedy wstała objął ją w talii.
- Pa, Liz... - pomachała mi delikatnie, z tym jej charakterystycznym wyczuciem, po czym wsiadła do czarnego, sportowego samochodu.
- Nie, czekaj! - wybuchłam płaczem i zerwałam się w pościg za samochodem. Słyszałam kroki Louis'a tuż za sobą, jednak nie potrafiłam się zatrzymać. Nie chciałam, aby spotkało ją coś złego. Obiecałam sobie, że będę ją pilnować.
- Nie pozwalaj sobie. - warknął szatyn i złapał mnie. Szarpałam się, wierzgałam, jednak wszystkie moje działania były nadaremne. Jego uścisk był zbyt silny. To było śmieszne. Postawny, muskularny szatyn kontra drobna, wychudzona dziewczyneczka? Wniósł mnie do willi i rzucił, niczym worek kartofli, na podłogę. Cicho jęknęłam z bólu. Kolejny siniak do kolekcji. 

Poczułam, jak mój żołądek wykręca salta. Byłam głodna. Nawet bardzo. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio dali mi coś, co jest zdatne do spożycia przez człowieka. Szatyn wywrócił oczami i odwrócił wzrok, żeby zobaczyć dzisiejszą datę. Nagle dziwnie spochmurniał i pobladł. Jaki dziś dzień?







~Rose~

Spojrzałam na Zayn'a po chwili i stukałam palcami w szybę.
- Dokąd jedziemy? - uśmiechnęłam się do niego delikatnie i niepewnie. Wciąż nie rozumiałam co nas łączyło... jednak szybsze bicie serca, przy jego pocałunkach, te motylki w brzuchu, kiedy mówił... to nie mogła być zwyczajna znajomość, prawda?
- Oddać cię... - westchnął, a ja popatrzyłam na niego, jak na ufo. Mówił prawdę? Chciał zakończyć to wszystko i tak po prostu pozwolić mi odejść? Nie chciałam wracać! Nie zrobił mi nic złego. Żadnej krzywdy, żadnego szantażowania. Mogłam robić co chciałam... jego nawyki fascynowały mnie... był taki inny od wszystkich... idealny... zupełne przeciwieństwo tych snobów, wśród których musiałam wcześniej żyć... jak spośród takich ludzi znaleźć swój ideał? Przecież to niewykonalne...
- To żart? - spytałaś cicho. - Nie rozumiem... chcesz tak po prostu... - zaczęłaś, ale przerwał ci wpół słowa.
- Posłuchaj... - zjechał na pobocze i zatrzymał się. Westchnął i przeczesał swoje kruczoczarne włosy palcami. - Nie wiem, co ty zauważyłaś w takim idiocie, jakim jestem... ale jeśli cokolwiek do mnie czujesz, to wiedz, że czuję to samo... - do moich oczu napłynęły łzy. Kochał mnie... - Ale tak będzie bezpieczniej... dla nas obojga... Louis ma rację... musimy cię oddać... i tak za was dwie nie dostaniemy więcej okupu... Z Elizabeth już nic nie będzie... to kwestia czasu, kiedy umrze... już nie ma z niej pożytku... ale ciebie jeszcze można uratować... - dotknął mojego policzka, patrząc mi w oczy. - Poza tym... kto wie,  czy jeszcze się nie spotkamy... - puścił mi oczko i wpił się w moje usta. Wybuchłam płaczem. Nie chciałam wracać, chciałam być z nim, nawet jeśli oznaczałoby to ciągłe ucieczki... - Ćsiii... nie płacz... - ucałował mój policzek i ruszył w dalszą drogę. Bezwiednie, w końcu usnęłam.

(...)

Wreszcie byliśmy w Chicago. Nareszcie, lub niestety już. To tutaj będę musiała opuścić Zayn'a. Owszem, tęskniłam za rodzicami, ale pragnienie mulata było znacznie silniejsze. Ktoś, kto nigdy tego nie czuł, nie zrozumie. Zaparkował w ciemnej uliczce i wysadził mnie. Poprawił moje niesforne loki i ucałował w czółko. 
- Żegnaj, aniołku... - wsiadł do auta i odjechał. Patrzyłam ze smutkiem, jak odjeżdża z kawałkiem mojego serduszka. Czas wrócić do normalności...







~Sophie~

Bez celu szwędaliśmy się po uliczkach Chicago. Porywacze kazali nam tu być. Obiecali oddać Rose. Carrie biegała podekscytowana od budynku do budynku, jakby wierzyła, że w końcu ją zobaczy. 
Nagle rozbrzmiał dźwięk dzwonka u pana Cartera.
- Słucham? - spytał mężczyzna poddenerwowany, po czym włączył głośnik. Wraz z policjantami zebraliśmy się w kółko, nasłuchując z przejęciem. 
- Wrzućcie pieniądze do skrzynki na listy przy Webster Ave... - odezwał się przerobiony, niski głos. - Dziewczyna już tam czeka... spróbujcie nas oszukać... a nie skończy się tylko na śmierci jednej z waszych córeczek... - po tych słowach mężczyzna się rozłączył. Spojrzałyśmy po sobie z Carrie, wystraszone. Elizabeth nie żyje? Do moich oczu napłynęły łzy bezradności.
- Ona... - wyszeptałam, niedowierzając temu, co usłyszałam. Car nie wytrzymała. Zaczęła płakać, niczym małe dziecko. Popatrzyłam na nią smutno i mocno przytuliłam.
- Miałaś rację... - łkała niewinnie. Pokręciłam głową stanowczo.
- Ona żyje. Musi żyć. - westchnęłam i szybko zaczęłam podążać za państwem Carter.
- Rose! - usłyszałam pisk pani Carter,  potem szczęśliwe śmiechy ulgi. Nie panowałam nad swoimi nogami, które kazały mi biec za głosem. 
Blondynka była cała i zdrowa. Śmiała się i energicznie rozmawiała z każdym z nas. Jedyne, co mnie niepokoiło, to ślady po łzach na jej rumianych policzkach.
- Boże, Rose, ty żyjesz! - Carrie rzuciła jej się w ramiona i płakała. Widać było po niej, że są w niej mieszane uczucia. Z jednej strony szczęście po odnalezieniu Rosalie, a z drugiej żal do samej siebie, że już nigdy nie ujrzy Eli...
- Lizzie też! Widziałam ją kilka dni temu... - szepnęła, na co wszyscy popatrzyli na nią ze współczuciem.
- Elizabeth nie żyje. - powiedział jeden z policjantów, a ona stała, jak wmurowana. Nie mogła się ruszyć z miejsca. Kręciła szybko głową, a łzy płynęły po jej policzkach.
- Prze- przecież... - dławiła się płaczem. Pani Carter patrzyła na nią smutno, tuląc do siebie.
- To nic.. przynajmniej ty żyjesz... - szepnęła, na co Rose wyrwała się jej, patrząc na nią z niemym wyrzutem.
- Jak możesz tak mówić?! - zaczęła krzyczeć. - To wasza córka! Jacy są z was rodzice?! To nic?! - kręciła głową. Bezradnie upadła na kolana, chowając twarz w dłoniach. Przerastało ją to wszystko. W sumie nie dziwiłam się jej. Ja sama już miałam tego dość. 

Policjanci weszli do samochodu, uprzednio chowając w skrzynce na listy odpowiednią kwotę pieniędzy. Po kilku chwilach młody chłopaczek zabrał zawartość pudełka i zaczął nerwowo iść przed siebie.
- Stój! Jesteś zatrzymany! - krzyknęli mężczyźni i obezwładnili niewinnego chłopaka.
- Ja nic nie zrobiłem! - bronił się wystraszony. - Miałem wyjąć to pudełko i dostarczyć pewnemu mężczyźnie... proszę, nie róbcie mi krzywdy! - bał się. 
- Zostawcie go... - wymamrotałam. - Widać, że nic nie wie... tylko może przez nas mieć większe kłopoty... - pomogłam mu wstać i podałam banknoty, które wypadły. Mógł mieć może z trzynaście lat... nie dałabym mu więcej...
- Dziękuję... - szepnął cicho i uciekł. Policjanci jeszcze przez kilka minut patrzyli, jak biegnie, nie mogąc sobie wybaczyć tego, iż popełnili tak karygodny błąd. 

Kucnęłam przy Rosalie i głaskałam uspokajająco jej włosy.
- On mnie zostawił... ona też... - szepnęła cicho tak, że tylko ja to usłyszałam.
- Kto... kto cię zostawił? - spojrzałam na nią zdziwiona. - Eli i kto?- zmarszczyłam czoło, kiedy ledwo co dałam radę dosłyszeć odpowiedź.
- On... - pociągnęła nosem zapłakana, więcej się nie odzywając.








~Louis~

Popatrzyłem z niedowierzaniem na kalendarz, który niemylnie pokazywał dzisiejszą datę. Datę śmierci Lottie. Datę, której nienawidziłem z całego serca i jeśli mógłbym, wymazałbym ją z każdego kalendarza. 
Co roku ten dzień rezerwowałem tylko dla siebie i dla niej. Przyjeżdżałem na cmentarz i po prostu siedziałem. Czasem mówiłem co u mnie, czasem milczałem. Choć przez chwilę mogłem poczuć się tak, jakby siedziała tuż obok mnie. Jakby śmiała się i z politowaniem mówiła: "Oj, Loui... ty głuptasie". Chłopaki wiedzieli, że w ten jeden dzień nie mają co na mnie liczyć. Nie biłem się, nie krzyczałem... po prostu byłem cieniem człowieka. 
Spojrzałem na zdziwioną, skuloną Elizabeth. Niewinnie i grzecznie siedziała na podłodze, bojąc się ruszyć.
- Chcesz się wybrać na przejażdżkę? - westchnąłem cicho i spojrzałem na nią. Pokiwała nieśmiało głową, bojąc się, że jeśli zaprzeczy stanie jej się krzywda. Podałem jej dłoń i wziąłem trochę jedzenia na drogę. Patrzyła skulona na bułki, słodycze. - Jesteś głodna? - spytałem, ale nie odezwała się, spuszczając głowę. Wzruszyłem ramionami i otworzyłem jej drzwi od samochodu. Podałem jej koszyk na kolana, następnie ruszając z piskiem opon. Co jakiś czas spoglądałem na nią. Uśmiechnąłem się pod nosem, widząc jak skulona, ukradkiem skubie bułeczkę.
 - Nie musisz się bać przy mnie jeść... nie zabiorę ci tego... - spojrzałem na nią, przez co od razu odłożyła pieczywo. Westchnąłem i już więcej się nie odezwałem.

(...)

Dojechaliśmy do Irlandii już późną nocą. O dziwo, nikt na lotnisku nie zorientował się, że Elizabeth, to Elizabeth. Idioci. Zatrzymałem się przed cmentarzem i zacisnąłem oczy.
- Chodźmy... - podałem jej dłoń, czekając aż ją złapie. Dziś wyjątkowo trudno było mi tu wejść. Szczególnie samemu. Chwilę czekałem, jednak w końcu poczułem delikatne ściśnięcie mojej dłoni. Podążając przodem prowadziłem ją do miejsca jej spoczynku.







~Elizabeth~

Spojrzałam na niego pytająco, kiedy usiadł na kamiennej ławce. Przygarbił się, by odczytać napis na nagrobku. Wyglądał na kogoś całkowicie poddanemu innym, bezbronnego, nieszkodliwego. Gdybym pierwszy raz zobaczyła go właśnie tutaj, nigdy nie powiedziałabym, że może być seryjnym mordercą, człowiekiem bez uczuć.
- Siadaj... - uśmiechnął się smutno i poklepał miejsce obok siebie. Zupełnie zapomniałam, jak to jest być na wolności. Móc oddychać powietrzem, bez lęku o to, że ktoś cię o to skarci.
- Lottie Tomlinson... - przeczytałam cicho, kiedy latarką od swojego telefonu podświetlił napis na marmurze. - To... ta dziewczyna, dzięki której jeszcze żyję? - spytałam cicho i spojrzałam na niego. Był wyciszony. Czułam, że mu przeszkadzam. Napiął mięśnie, zapewne chcąc na mnie krzyknąć. Wziął kilka głębokich oddechów. Uspokoił się? Tak po prostu?
- Lottie była moją młodszą siostrą... - westchnął cicho i oparł łokcie na kolanach. 
- Jak to była? Już nie jest? - spojrzałam na niego zdezorientowana i uniosłam brwi. Pokiwał głową markotnie.
- Przecież widzisz nagrobek... - westchnął cicho. - Zabił ją kilka lat temu... piep***** egoista! - schował twarz w dłoniach. - A wszystko przeze mnie... czemu ona wtedy za mną poszła? Wiedziała, że to, że w ogóle się widujemy to zbyt dużo... on mi zniszczył życie! - mruknął z żalem. - I pomyśleć, że sam wybrałem takie życie... - prychnął i zaśmiał się gorzko.
- Ale kto... nic nie rozumiem... - szepnęłam cicho zdziwiona i spuściłam wzrok na swoje buty.
- Nicolas Gordon... spotkałaś go już... na lotnisku... zaraz po porwaniu. Frank stał wtedy obok niego... był jego synem... - zacisnęłam oczy, kiedy wymówił to imię. Spojrzał na mnie i przyciągnął mnie tak, że siedziałam na jego kolanach. - Jego już nie ma. Ale ja jestem. Masz teraz mnie i tylko mnie. Będę twoją rodziną, przyjaciółmi i wszystkim o czym możesz pomyśleć, rozumiesz? - przyciągnął mnie bliżej siebie i patrzył mi w oczy. Spłoszonym wzrokiem omiatałam wszystko dookoła, tylko nie jego. Nie rozumiałam co w tej chwili nim kierowało. Brzmiał tak... tak... inaczej?
- Wracając do jej śmierci... jak zginęła? - szepnęłam w celu zmiany krępującego tematu. Nie odrywał ode mnie wzroku. Zupełnie, jakby to pomagało mu myśleć.
- Miałem odebrać narkotyki, którymi później miałem handlować... nie miałem pojęcia, że idzie za mną... tak to wszystko byłoby dobrze... - szepnął i urwał na chwilę. - Proszki nie są legalne, a Nick dostał cykora, że mała coś wygada i ją sprzątnął... - spuścił wzrok na moje usta, ale pokręcił głową, żeby się skupić. - A potem tak po prostu poszedł... równie dobrze od razu mógłbym mu strzelić w łeb, ale kiedy ojciec mnie wyrzucił, on mnie przygarnął... - westchnął. - Cho****** głupie to życie... co nie? - przybliżył swoje usta do moich. Pokiwałam głową.
- Porwaliście moją siostrę... co ja mam niby mówić? Mi już naprawę obojętne, kiedy we mnie strzelicie, tylko ją wypuśćcie... - szepnęłam, patrząc na swoje dłonie. - Moi rodzice mają mnie daleko gdzieś... przez całe życie mieli... - pociągnęłam cicho nosem. - Nie mam czegokolwiek... kogokolwiek dla kogo mogę żyć oprócz przyjaciółek... i Niall'a... przyjaciółki zapomniały... Niall stał się tym... - pokręciłam głową z niedowierzaniem.
- Masz mnie... już to przerabialiśmy... - uniósł mój podbródek.
- Czego ty ode mnie oczekujesz? Że rzucę ci się w ramiona po tym, jak mnie biłeś? Jak wyśmiewałeś się ze mnie? Jak pokazałeś mi, że jestem nikim? - spytałam, a łzy lały mi się po policzkach. - Jeśli tego chciałeś, to udało ci się to. Zyskałeś żal, który nie zniknie po pstryknięciu palcami. Ból, którego nie umiem wybaczyć... - kręciłam głową zapłakana.
- Chcę tylko, żebyś była moja. Budziła się i zasypiała z myślą, że nikt nie może cię mi skraść. Chcę ci ofiarować coś, czego nie pozwoliłem ujrzeć nikomu innemu. - powiedział, nie odrywając tych swoich idealnych niebieskich tęczówek.
- Louis, ja nie powie... - przerwał mi, mówiąc słowa, które wywarły na mnie tak wielkie wrażenie.
- Swoje serce... - wyszeptał, a potem nachylił się, żeby złączyć nasze usta w pocałunku. Mimo, że broniłam się przed tym z całej siły, całym swoim umysłem, serce wygrało. Potrzeba bycia kochaną wygrała. On wygrał. Znowu. Miał rację. Zawsze dostawał to, czego chciał. Ale nie tym razem. Nie dam mu tego... ale to później... na razie liczy się on, jego bliskość... jego dłonie na mojej talii, jego usta sunące po mojej szyi...
Co sprawia, że mimo bycia draniem, jest taki idealny?












 "Ich serca zagubione pośród szumu ludzkości,
ich uczucia rozpalone do granic możliwości,
jednak rozsądek przebija się w końcu,
by zaprowadzić wokoło trochę porządku"

Natka99

Hejo :) Bez zbędnych wstępów zachęcam do wyrażania swoich opinii :) 
Dziękuję za poprzednie komentarze :) Jesteście wspaniali :) Louis romantyk :D Uwielbiam gościa xd 
Nie wybiorę wyjątkowo komentarza najlepszego, ale pod tym rozdziałem już tak xd
45 komentarzy = nowy rozdział :D
A teraz chwalić się, jak tam poszły Wam egzaminy :)
Do napisania,
Natka99<3

piątek, 27 marca 2015

20: "Kocham cię..."

Hej:)
Oto kolejny rozdział by Natka99 alias Pierożek :')
Piszcie, czy Wam się podoba :)
 Małe utrudnienie xd
40 komentarzy = nowy rozdział xd 
Mówiłam, że utrudnienie xd bez hejtów proszę xd




~Elizabeth~

Mijały dni, tygodnie, miesiące... Nawet nie wiem, ile czasu w rzeczywistości pochłonęło moje przebywanie tu. Ile miejsc uległo zmianie, ilu ludzi zakończyło swój żywot, ustępując miejsca kolejnemu pokoleniu. 
Widziałam tylko przez dwa małe okienka, kiedy następował dzień, który po jakimś czasie nim mała poczwarka przeobrażał się w noc. Nawet nie potrafiłam rozeznać się w tym, którą porę roku mamy. Na wybrzeżu jest zawsze ciepło.
Na początku nawet próbowałam liczyć kolejne następujące dni, lecz po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że to jest całkowicie bezcelowe. 

Przychodzili tutaj codziennie. Rano i wieczorem. Kładli na stoliku talerz z suchą, nieraz spleśniałą kromką chleba i szklankę brudnej wody. Nie tknęłam tego ani raz. Miałam wrażenie, że zabiłoby mnie to jeszcze bardziej niż głodówka. 

Jedyną przyjazną mi osobą był Niall. Przychodził i przynosił codziennie to nowe rzeczy. Ciasto, kawałek zimnej pizzy, mleko, herbatę... Raz nawet udało mu się przemycić watę cukrową, jednak na mój pusty żołądek było to tylko i wyłącznie przyczyną niestrawności.

Czułam się tak bardzo samotna. Nikt nic do mnie nie mówił. Wszyscy milczeli. I dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że odpychanie ludzi było najgorszym, co w życiu robiłam i mogłam robić. Cisza pozwala myśleć, ale jej nadmiar zabija. 

Całymi dniami siedziałam sztywno na podłodze lub łóżku naprzeciwko okna i obserwowałam, co dzieje się tam, gdzie ludzie są wolni. Czy jeszcze istnieje coś takiego, jak wolność w świecie okupowanym przez komercyjność i fałsz? Czy istnieją choćby pozory uczuć lub to, co teraz z nich zostało?
Jedyne co pozostawało niezmienne od czasu, kiedy mnie porwali, to śpiew ptaków. Mienią się w świetle setkami kolorów z jakich złożone są ich pióra, unosząc niewinnie dzioby ku słońcu i darom, jakie daje nam z każdym dniem. Ich trele wskazują drogę, dostarczają wizji naszej wyobraźni, w końcu tworząc uśmiech... Uśmiech? Pewnie u niektórych tak... 

Chyba przez tą pustkę przestało mi zależeć. Nie miało znaczenia co ze mną zrobią, jak zabiją. Straciłam wszystko, czym kiedykolwiek potrafiłam się cieszyć. Nie chciałam już zemsty. Ona do niczego nie prowadzi. Podsyca w ludziach nienawiść i sprawia, że zapominają o przebaczeniu. Ich serca nigdy nie będą wolne. Przez cały czas ujęte będą pętlą smutku, żalu, który po każdym spojrzeniu, słowie, tylko się zacieśni. Ludzka psychika nie wytrzymuje takiej presji. Po prostu nie umie... Nikt nie ma serca z kamienia... Każdy posiada uczucia, nawet jeśli czasem świetnie je maskuje. Gromadzi je w sobie, zdusza, zapominając o tym, czym ma się kierować. Staje się brutalem, bez poczucia winy, za swoje czyny. Może myśli, że jego to nie dotyczy? Że na świecie jest wystarczająco dużo osób, które zamaskują to, co on zrobił?

Po długim czasie mojego przebywania w znienawidzonym pokoju wstawili mi budzik. Ten głupi budzik, przez który dochodzę do obłędu.




*RETROSPEKCJA*

"Leżała śpiąca na kremowej pościeli. Była zmęczona, rozdygotana i krucha wewnętrznie. Bała się usnąć. Do takiego strachu doprowadzał ją obłęd, w który powoli zaczęła popadać.
Wtem drzwi otworzyły się, a do środka wszedł jeden z nich. Rozpaczliwie modliła się w myślach by wypowiedział choć jedno słowo. Słowo, które pozwoli jej uwierzyć, że jeszcze nie umarła. Że żyje... że ktoś ją widzi, słyszy, czuje... Tak bardzo pragnęła choć tego, by ktoś na nią nakrzyczał. Powiedział, że jest beznadziejna, niepotrzebna. Przynajmniej by coś usłyszała. Żyła, ale jakoby martwa. Widziała, ale nie potrafiła wyjaśnić. Czuła, nie umiejąc stwierdzić i odróżnić krzesła od biurka. Myślała, co zabijało ją coraz bardziej pogrążając w bezdennej rozpaczy.
Nim otworzyła buzię, aby przekonać się, czy jeszcze potrafi mówić, usłyszała trzask połyskliwych drzwi. Wybuchła płaczem bezsilna, uderzając pięściami w swoje kolana. 
Dopiero, kiedy choć trochę się uspokoiła, ujrzała mały tykający budzik. Cały dzień, całą noc przesiedziała patrząc na niego, a w jej głowie rozbrzmiewało tylko puste, nic nie znaczące: "Tik- tak". "

  *KONIEC RETROSPEKCJI*




A teraz? Teraz leżałam pośród brudnej, niezmienionej pościeli, która ukryła każdą moją łzę, każdą słabość, której nie mogli poznać ludzie. Koty z kurzu latały bez celu po podłodze, lepiącej się od brudu. Szyby zaparowały i stały się matowe, nie pozwalając już przez nie wyglądać. Nie mogłam wyjść i normalnie załatwić się w toalecie, ponieważ pokój przez cały czas był zamknięty, więc nie pachniało w nim przyjemnie. Dusiłam się powietrzem, które zmuszona byłam wdychać. Moje oczy raził ten okrutny brud, który poniekąd sama stworzyłam.
Moje powieki unosiły się równomiernie, by raz po raz ukazać mi otaczającą melancholię. Potem opadały. Zrezygnowane źrenice z nadzieją rozglądały się dookoła, za każdym razem boleśnie się rozczarowując.

Dlaczego nie mogło być, jak dawniej? Wtedy, kiedy było normalnie. Może nie idealnie, nie zbyt pięknie, ale dało się żyć. Każdy dzień stanowił nieodkrytą tajemnicę, coś w co chciałeś zainwestować wszystko, całą swoją energię, by to ujrzeć. Pragnęłam uczuć troskę i miłość od kogokolwiek. Chciałam czuć się potrzebna. Choć przez minutę, choć przez krótką chwilę.
Niestety. Życie nie rozpieszcza. Daje nam to, na co zasłużyliśmy, to co będzie dla nas najbardziej odpowiednie. Nie interesuje go, że nie zawsze tego chcemy.

Usłyszałam dźwięk klucza przekręcanego w drzwiach. Serce zabiło mi szybciej, ale na twarz wdała się obojętność, z którą już nie potrafiłam walczyć. Popatrzyłam na drzwi leniwie. W progu stał on, patrząc na mnie bez wyrazu.







 ~Sophie~ 

Z każdym dniem zaczęłam tracić nadzieję. Niby Carrie wierzyła, że się uda i starała się nas wszystkich o tym przekonać, ale coś mówiło mi, że jest inaczej. Że nie ma co się łudzić. Że i tak ich nie znajdziemy.
Siedziałam z podkulonymi pod brodę nogami, patrząc pusto przed siebie. Szatynka nerwowo bawiła się włosami, jakby miało jej to pomóc opanować sprzeczne emocje. Pani Carter siedziała wtulona w męża i szczerze, rzewnie płakała. Nigdy nie widziałam jej w takim stanie, jak teraz.
- Jesteśmy okropnymi rodzicami... jak mogliśmy do tego dopuścić?! - łkała, chusteczką wycierając policzki.
- Nie mów tak... obwinianie się, jest teraz bezcelowe... - westchnął mężczyzna i kołysał ją delikatnie. Była teraz taka niewinna, krucha, załamana. Jakby nagle cały jej idealny świat uległ zburzeniu, gdy zniknęły jej córki. 
- Przez całe życie... - zaczęła cicho, ale pan Carter jej przerwał:
- Naprawdę nie możesz przestać o tym myśleć? - mruknął. - Co się stało, już jest przeszłością. Ale zawsze możemy ukształtować przyszłość... nie zmarnujmy tej szansy... - kobieta otworzyła buzię, chcąc coś powiedzieć, jednak nie dane jej  było wypowiedzenie czegokolwiek. - Owszem... nie byliśmy przykładnymi rodzicami... jakoś praca była ważniejsza... ba! wszystko było ważniejsze, ale nie wolne popadać w paranoję. Zawsze można się zmienić. Przeprosić za winy...
- One są zbyt duże, Davidzie... - szepnęła i spojrzała na niego smutnym wzrokiem. Emilie siedziała skulona i patrzyła na nich smutno. Ona również odczuwała brak Rose. Dziwne... od czasu ich zniknięcia, nikt nie pomyślał, że ona też może być wystraszona, smutna. Że też chce zrobić wszystko, aby udało się je odnaleźć.
- Ej... - wymamrotałam cicho i lekko ją szturchnęłam, zwracając tym samym na siebie uwagę, jak zwykle czujnej Carrie. - Uśmiechnij się... znajdą się... - powiedziałam ciepło i wstałam, kiedy zobaczyłam, która godzina. - Czas się zbierać do szkoły... - jęknęłam i wstałam.
- Uczyłaś się na sprawdzian z łaciny? - zapytała Car zaciekawiona i spojrzała na mnie podejrzliwie. 
- Dobre żarty. - wywróciłam oczami i rozwinęłam plik ściąg, na co parsknęła śmiechem.

(...)

 W szkole było ponuro, cicho. Zresztą, jak co dzień. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio którykolwiek z uczniów, śmiejąc się wesoło, biegał po przeludnionym korytarzu. Wydarzenia, jakie odegrały się już dawno temu, wpłynęły na każdego z nas. Ale, czy wobec morderstw można przejść obojętnie? Zaginięcie Elizabeth i Rosalie napawało człowieka przygnębieniem, ale i nadzieją. Nadzieją, że jeśli je odnajdą, trafią na trop zabójców, a wtedy już wszystko będzie dobrze... a nawet jeśli nie dobrze, to przynajmniej wróci do względnej normalności.
- Co wy? Ludzie! - prychnęła Alex i stanęła na środku. - Naprawdę obchodzą was jakieś dwie gówniary? Tyle ludzi już zginęło, a was obchodzą akurat one? - zapytała znudzona. - Bawmy się! Zabójcy zniknęli! Jesteśmy wolni! - krzyknęła zadowolona z siebie. Oczy wszystkich leniwie i smutno skierowały się w jej stronę. Triumfowała i wiedziała o tym. Zacisnęłam dłonie w pięści, wiedząc że granicę mojej wytrzymałości łatwo jest przekroczyć.
- Przecież ma rację... - westchnął ktoś bez przekonania.
- Oczywiście, że mam... - puściła mu oczko i popatrzyła na mnie, Carrie i Emily z wyższością.
- Daj sobie z tym spokój, Alex. - wymamrotała cicho brunetka, która póki co, najbardziej wierzyła w to, że się uda.
- Bo co mi zrobisz? - parsknęła sztucznym, jadowitym  śmiechem. I w tej chwili jakiś hamulec, który powstrzymywał mnie przed zrobieniem głupstwa, pękł. Zdenerwowana rzuciłam się na nią i zaczęłam się z nią szarpać. Piszczała, a jej spojrzenie błagało o pomoc. Przebrała się miarka...







~Louis~

Stałem w drzwiach i mętnym wzrokiem patrzyłem na sponiewieraną szatynkę. Straciła całą swoją wartość i nawet nie próbowała utrzymywać pozorów, które przeczyłyby moim wnioskom. Patrzyła na mnie zbolałym wzrokiem, który po chwili odwróciła. 
Przeszedłem kilka kroków i stanąłem przed nią, lustrując jej drobne ciało badawczym wzrokiem. Rzuciłem jej na kolana jakąś starą kromkę chleba zamoczoną w mleku, które o dziwo znalazłem w lodówce, żeby pieczywo nie było tak czerstwe, jak w rzeczywistości.
- Jedz. - warknąłem. Ani drgnęła. Zmarszczyłem brwi, nie rozumiejąc sytuacji. Popchnąłem ją z całej siły i zamachnąłem się, czekając na jakąkolwiek oznakę strachu z jej strony. I... nic? Nie bała się? Nie jadła? Nie mówiła.
- Gadaj! - uniosłem głos surowo. Wskazała na budzik, który tykał, jak zazwyczaj.
- Tik... - powtórzyła za uderzeniem wskazówki. - Tak... - kiwała głową, jakby ten bezsensowny jazgot był piękną, wyjątkową melodią. 
- Gadaj! - szarpnąłem za jej ramię zdenerwowany całą sytuacją. - Gadaj, słyszysz?! - potrząsałem bezradnie jej ramionami. 
Wreszcie do mnie dotarło. Zrobiłem to, na czym od początku mi zależało. Zniszczyłem ją. Jej osobowość, wnętrze, psychikę. Stała się wrakiem istoty, która została nazwana człowiekiem. Te piękne kolorowe tęczówki straciły swój blask i charyzmę. Pod oczami miała siwe worki. Walczyła z zamykającymi się powiekami, jakby bała się usnąć. Była blada. Jej skóra od miesięcy nie ujrzała ani promyka słońca. Poszarpane, brudne, zniszczone ubrania wisiały na jej szczupłym ciele. Brud i warunki w jakich kazałem jej żyć, sprawiły, że pomieszczenie to stało się siedliskiem zarazków. 
Jednak nadal była piękna. Nadal była idealna. Widziałem to, nawet jeśli jej zewnętrzna powłoka tego nie okazywała. Czułem to ciepło bijące od jej serca, którego nie ma u nikogo innego.
- Nie chcę cię zabijać... nie potrafię... - szepnąłem. Czułem się, jak skończony idiota, którym pewnie byłem, jednak kiedy człowiek przez całe życie nie zaznał ani odrobiny miłości, którą mógł odnaleźć u niej, chce jej za wszelką cenę. Chce zaznać jej smaku, jej rozkoszy i szczęścia, które przynosi.

Ułożyłem głowę na jej kolanach i zamknąłem oczy. Czy jeszcze mogłem się zmienić? Czy nie było za późno? Biłem się z myślami, walczyłem z nawykami. Zaszedłem tak daleko, żeby teraz powiedzieć: "dość"? Wiedziałem, że jeśli zerwę z zabijaniem ,wyścigami, stracę część siebie, ale uświadamiałem sobie też, że odepchnięcie Elizabeth i pozostawienie jej samej sobie, zabije mnie. Zabije mnie to, czego od niej nie otrzymam. Czego nie doznam.
Więc jedyne co mi pozostaje to walczyć. Chcąc, nie chcąc muszę przyznać, że będę walczyć o Elizabeth.

Wziąłem ją na ręce. Popatrzyła na mnie, a potem na budzik. Widziałem, jak pojedyncza łza spłynęła po jej policzku. Westchnąłem cicho. Czułem się tak, jak w momencie, kiedy ginęła Lottie. Z nią tak nie będzie. Ona przeżyje. A ja ją ochronię.
Wniosłem ją do łazienki i usadziłem na zimnych płytkach niedbale. Prawda jest taka, że nie umiem być delikatny i czuły. Nie umiem. Nie jestem tym tysiącem facetów, którzy przynoszą kwiatki, do ręki czekoladki, w rączkę ucałują. Dla mnie to nie ma sensu. Jak coś trzeba zrobić, to, to zrobię. Nie trzeba, to nie. Proste.
Nuciła sobie pod nosem jakąś prostą piosenkę. Jedną z tych, które śpiewają dzieci skacząc na skakance. Spojrzałem na nią ukradkiem. Miała ładny głos, mimo chrypki, która powstała teraz, po długim okresie milczenia. 

Ściągnąłem jej ubrania, które znajdowały się w stanie zaawansowanej rozsypki i wsadziłem ją do wanny. Dokładnie ją wymyłem, co było dość trudnym zadaniem, biorąc pod uwagę ilość brudu, jaka nagromadziła się przez tak długi czas. Nie mówiła nic. Patrzyła pusto na okno. Była niczym szmaciana lalka, którą tak łatwo uszkodzić.
Opatuliłem ją ręcznikiem i zaniosłem do mojego gabinetu. Podrapałem się po karku, próbując jej znaleźć jakieś ubrania. Po dłuższej chwili zrezygnowany i zażenowany surowo zawołałem Liam'a, któremu poleciłem kupić jej jakieś ubrania.

Nie powiem, żeby z powierzonego mu zadania wywiązał się idealnie, tak jak to sobie wymyśliłem, jednak kupił bieliznę, jakieś ubrania, co, póki co absolutnie wystarczało. Kiedy wyszedł spojrzałem na dziewczynę. Kucnąłem przy niej.
- Pomogę ci... - szepnąłem, ale i tak cofnęła się, kiedy dotknąłem jej policzka. Położyłem palce na swoich skroniach, próbując opanować narastającą złość. Znowu spojrzała na okno. Nie wiem, czemu wciąż to robiła.
Ubrałem jej bieliznę i narzuciłem swoją koszulkę, żeby nie podrażniała żadnej z jej ran. Była taka... delikatna.

Podałem jej dłoń, pamiętając te wszystkie durne filmy o zakochanych, które włączali chłopaki. Nie drgnęła. Odwróciłem wzrok z bólem, po czym przerzuciłem ją sobie przez ramię i wyniosłem z domu. Położyłem na trawie. Bawiła się źdźbłami trawy, patrząc w niebo. Po chwili zamknęła oczy. Otoczona przeróżnymi kwiatami wyglądała niczym piękna nimfa. Nieskażona bólem, czy strachem. Uśmiechnąłem się pod nosem i wszedłem do środka, napotykając zdziwione spojrzenia chłopaków.
- Mówiłem, że tak będzie zamykając ją, jak w klatce. - wymamrotał Horan i podrzucał swoje zielone jabłko, na co wywróciłem oczami.
- Wiem już, co zrobimy. - powiedziałem po chwili, na co reszta z zaciekawieniem oczekiwała mojego pomysłu. - Dwóch z was jedzie do L.A., a potem do Mullingar, żeby zmylić policję. A ty... - wskazałem na Zayn'a. - Jedź po naszą tajną broń. - spojrzałem porozumiewawczo na mulata, który pokiwał głową i wyszedł z domu.
- Kogo? - Horan uniósł brwi zdezorientowany.
- Rose... - mruknąłem zadowolony i wróciłem do Elizabeth.







~Rose~

Znudzona chodziłam po całym tym domu w tę i z powrotem. To patrzyłam na zegarek, to brałam jakieś ich pismo. Zayn powiedział, że mogę chodzić po całym domu, ale nie wolno mi z niego wyjść. Z resztą i tak pilnują mnie jacyś goryle, a w wielu pokojach zamontowano kamery. Ucieczka idealna.
Wybudziłam się z tego melancholijnego transu dopiero, gdy drzwi frontowe gwałtownie się otworzyły, a do środka wszedł przystojny mulat, którego ostatnimi czasy, tak dobrze poznałam.
- Cześć... - mięśnie jego twarzy rozluźniły się, kiedy to wypowiedział. Zaczął zbierać niektóre rzeczy, przelotnie uciszając mnie pocałunkiem.
- Cześć... - szepnęłam zawstydzona. 
- Pakuj się... czeka nas długa podróż... - spojrzał na mnie ukradkiem i uśmiechnął się. Rzucił mi torbę. - Bierz, co chcesz... nieprędko tu wrócimy... - każde jego słowo przesiąknięte było tajemniczością i szarmancją.
- Dlaczego? - przechyliłam głowę, na co zaśmiał się.
- Jesteś zbyt ciekawska, wiesz? - podszedł bliżej i oparł mnie o ścianę. Pokiwałam głową wpatrzona w jego idealne, czekoladowe źrenice. - Ale za to cie lubię... - szepnął i ucałował mój podbródek.
- Po prostu chcę wiedzieć... - westchnęłam urażona, ale i tak się uśmiechnęłam. Śmiech to zdrowie. 
- Jedziemy nad... um... wybrzeże... - założył ręce zamyślony.
- Ale po co? - zdziwiona podążyłam za nim wzrokiem i zaczęłam się pakować.
- Odwiedzić twoją siostrę. - wzruszył ramionami, na co jego komputer, który mi pożyczył, wypadł mi z rąk.
- Elizabeth... - szepnęłam cicho i spojrzałam na niego z niemą wdzięcznością. 







~Elizabeth~ 

 Leżałam na kłującej trawie, obolała i zmęczona. Jednak coś sprawiało, że czułam się lepiej. Przyjemna, chłodna bryza muskała moje policzki. Promienie słoneczne gładziły moją bladą skórę, sprawiając, że z każdą kolejną godziną odżywała. Mały motylek usiadł mi na palcu u stopy, okropnie łaskocząc trzepotem swoich skrzydeł.
Jednak nic się nie zmieniło, oprócz samopoczucia. Wyraz twarzy wciąż miałam ten sam, nie zmienny. Tak jakby coś zabraniało mi się uśmiechnąć.
Louis siedział obok mnie i bawił się moimi, jeszcze wilgotnymi włosami. Nie wiedziałam, jak miałam się zachować. Przecież on był nieobliczalny. W każdej chwili mógł wyciągnąć pistolet i strzelić. Tylko, że teraz nie wywoływało to u mnie strachu. Wręcz przeciwnie. Jakieś otępiałe i bezsensowne poczucie ulgi. 

Nie minęło dużo czasu, zanim szatyn wstał i wziął mnie na ręce. Zwinnie wpisał rząd cyferek przy bramie, a ja? Ujrzałam świat. Tal, jakby klatka, w której tkwiłam, miała wyważony pręt, przez który wiele może uciec. Ja mogę. Lub mogłam. Usadził mnie dopiero nad brzegiem morza. Zakopałam swoje bose stopy w piasku, który po chwili zalewały słone, morskie fale. Przesypywałam piasek z ręki do ręki, patrząc w dal i usiłując ujrzeć to, co znajduje się po drugiej stronie niekończącej się wody. Każdy kij ma dwa końce, każde morze ma swój brzeg, każda droga gdzieś się kończy. Nic nie jest wieczne. Wszystko przemija. Ludzie umierają, przesiedlają się, aby na ich miejscu egzystował ktoś inny. Szczęście przemija, aby i inni mogli go zaznać. A nadzieja? Ona rządzi się swoimi prawami. Nie pyta nas o zdanie. Ma gdzieś, czy jej chcemy, czy wręcz przeciwnie. Jednak prawdziwe i niepodważalne jest stwierdzenie, że to ona utrzymuje nas przy życiu. Chroni przed zwątpieniem.

Louis siedział obok, patrząc w jakiś obrany punkt. Nie odzywał się. Nie krzyczał. Nie bił mnie. Był spokojny, jak nigdy dotąd, jednak po jego mimice można było wyczuć, że toczył wewnętrzną walkę. Walkę z samym sobą. 
 - Elizabeth... - wymamrotał po chwili. Obojętnie skierowałam swoje spojrzenie na jego błękitne tęczówki. - Kocham cię... - powiedział cicho, ale uciął sam zaszokowany swoimi słowami. Nie odpowiedziałam nic. Wiedziałam, że kłamał. Jemu nie można ufać. - Nic nie powiesz? - mruknął, ale nawet on nie był na tyle dobrym aktorem, żeby zamaskować szczery ból. Nie ruszyłam się z miejsca. Obróciłam jedynie swój wzrok na złocisty piasek, nie chcąc go oglądać. Nie brzydziłam się nim, jak dawniej. Ale nie nazwałabym tego tolerancją. Był mi obojętny. Wszystko było...

Poczułam, jak ktoś kładzie drżącą dłoń na moim ramieniu.
 - Eli... - szepnęła dziewczyna. Skądś znałam ten głos. Wesoły irlandzki akcent. Obróciłam zdziwiona głowę i ujrzałam energiczną blondynkę.
- Rose... ty żyjesz... - szepnęłam po dłuższej chwili, odwykła od mówienia.
- Oj, Eli! - wybuchła płaczem i przytulił mnie z całej siły. - Tak bardzo tęskniłam! - łzy lały mi się po policzkach. Nie umiałam nad nimi zapanować. Nawet nie próbowałam. Łkałam cicho wtulona w nią. Moją siostrę.

Louis uniósł wzrok na Zayn'a i pokiwał głową.
- Dobra robota. - westchnął Louis  nie spuszczając ze mnie wzroku. - Dostanę do czego chcę. Choć raz. - mruknął mi na ucho i wstał, otrzepując się z piasku.









 
"[...] Jed­nak miłość nie da­je i nig­dy nie da­wała szczęścia. Wręcz prze­ciw­nie, zaw­sze jest niepo­kojem, po­lem bit­wy, ciągiem bez­sennych no­cy, pod­czas których za­daje­my so­bie mnóstwo py­tań, dręczą nas wątpli­wości. Na praw­dziwą miłość składa się ek­sta­za i udręka."

                                                            Paulo Coelho 






Hej! :)
Dzisiaj rozdzialik 20 xd jeszcze tylko kilka do końca, ale znając moje pomysły, to będzie ich jeszcze co najmniej 1o hehe xd
Wiem, że miałam go dodać już wcześniej, ale po prostu w dniu, kiedy miałam go kończyć pojechałam z rodziną na noc do cioci ;c naprawdę chciałam go dodać, naprawdę... przepraszam :c zawiodłam Was :(

Najlepszy komentarz dodała:

Mel Horan
 
"Jeju! Dziewczyno, ty masz wieeeelki talent. Chciałabym pisać tak jak ty. Mieć tyle komentarzy, wiernych czytelników. *.* Rozdział jest niesamowity,znakomity,cudowny <3 Nie da się go opisać jednym słowem. Mam nadzieję,że oboje znajdą szczęście,Lou przestanie torturować Elizabeth. Jestem pod wrażeniem,ponieważ gdy czytałam ten rozdział łezka w oku mi się zakręciła. Rozdziały są tak jakby 'pouczajace' Nie przestawaj pisać <3 Życzę dużo weny i czekam z niecierpliwością na następny rozdział. Chciałam jeszcze dodać,że mam dwa blogi i męczy mnie to czy dobrze piszę. Ludzie którzy komentują piszą,że jest świetny ale chciałabym aby jakaś doświadczona osoba na to spojrzała. Więc zwracam się z problemem do Ciebie. Możesz zajrzeć i skomentować rozdział? To wiele by dla mnie znaczyło :(
http://changes-harry.blogspot.com/
http://last-minute-ff.blogspot.com/"


Cóż xd nie ma to, jak reklama xd wahałam się, czy dać ten komentarz ze względu na reklamę, ale był naprawdę uroczy ^^
Cóż... to w sumie na tyle xd pozdrowionka dla Zayn'a :) 
Do napisania,
Natka99<3